Recenzja Fleet Foxes "Crack-Up": Wyśmienicie

Po "Helplessness Blues", wydanym w 2011 roku, zjechali do boksu na chwilę, która okazała się nieco dłuższą. Sześć lat później Fleet Foxes wracają z nowym albumem, opisującym raczej te ciemne strony ludzkiej egzystencji. Skąd wziął się "Crack-Up"?

"Crack-Up" to najlepszy do tej pory album w dyskografii grupy Fleet Foxes

Kryzys zawodowy i wypalenie dopadły Francisa Scotta Fitzgeralda w jego późnych latach trzydziestych. Autor "Wielkiego Gatsby’ego" borykał się z problemami finansowymi i chorobą żony Zeldy. Ambicje kazały mu kontynuować pracę twórczą, od której odpoczywał już dwa lata - od momentu wydania jego ostatniej powieści pt. "Czuła jest noc". O swojej niemocy twórczej, w kontekście o wiele szerszym, analizującym poszczególne etapy jego życia, napisał w opublikowanym w magazynie Esquire trzyczęściowym eseju "The Crack-Up". Było to w 1936 roku.

Reklama

W 2014 inny Amerykanin, Robin Pecknold, wrócił na studia na Columbia University w Nowy Jorku. Zespół, który Robin i jego przyjaciel założyli w 2006 roku w Seattle, miał już wtedy na koncie dwa świetnie przyjęte długogrające albumy. Pierwszy z nich, wydany w 2008 roku, zapewnił im popularność nie tylko wśród fanów muzyki inspirowanej folkiem, która także dzięki nim zaczęła torować sobie drogę do mainstreamu. Po latach intensywnej pracy Pecknolda dopadł kryzys. Do tej pory żył on muzyką tak intensywnie, że nagle zabrakło mu przerwy, oddechu, poczucia, że coś innego może stać się centrum jego wszechświata. Podobno wtedy trafił na teksty Fitzgeralda, opublikowane prawie 80 lat wcześniej. Wynurzenia pisarza miały pomóc Pecknoldowi w ułożeniu jego priorytetów - ile w tym prawdy, nie dowiemy się nigdy. Jedno jest dla mnie jasne - blokada odpuściła, a muzyk i jego zespół po przerwie wrócili do studia, nagrywając najlepszy do tej pory album w dyskografii grupy Fleet Foxes. Finalny efekt otrzymał imię po esejach Fitzgeralda - "Crack-Up".

Muzycy Fleet Foxes nagrali płytę wielobarwną, sięgającą nie tylko po folkowe inspiracje. Pełną napięcia i momentów, gdy owo napięcie odpuszcza, przynosząc wytchnienie. Kompozycje bazują na zmiennym tempie, podobnie jak w przeszłości zespół stosuje piękne harmonie wokalne. Urokliwym melodiom wtórują rozbudowane partie smyczkowe, tak jak w otwierającym album "I Am All That I Need / Arroyo Seco / Thumbprint Scar". Pojawiają się też nieco bardziej rozmarzone momenty, jak "I Should See Memphis", z intrygującym psychodelicznym finiszem. Grupa wychyliła się nieco poza ramy znanej dotąd formy, obejrzała ją dokładnie i postanowiła upiększyć oraz rozbudować. Bardziej zawiłe konstrukcje, te muzyczne i słowne, treści spisane przez Pecknolda, dość ciężkie i szorstkie, stworzyły razem intrygującą całość. 

"Crack-Up" to pierwsza płyta nagrana po odejściu perkusisty - Josh Tillman wybrał drogę w pojedynkę, nagrywając pod aliasem Father John Misty. Zapewne był to kolejny impuls do zmian, który podziałał na Pecknolda, trzecia płyta nie mogła być kolejną powtórką z rozrywki, zestawem dobrze sprawdzonych, wytyczonych jasnym szablonem piosenek. Znamy zatem, jak mi się zdaje, przyczyny. A efekt? Jest naprawdę wyśmienity.

Fleet Foxes "Crack-Up", Warner Music Poland

7/10

Dowiedz się więcej na temat: Fleet Foxes

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje