​Recenzja Cochise "The Sun Also Rises for Unicorns": Wódz Apaczów wciąż o krok od sukcesu

Białostocka formacja, gdzie na wokalu występuje znany pan z telewizji, wydała właśnie swój czwarty album. Jest solidnie, ale nadal trochę to skrobanie poprzeczki.

"The Sun Also Rises for Unicorns" Cochise to album niesamowicie solidny

Bez bicia przyznam, że mam z "The Sun Also Rises for Unicorns" niemały problem. Nowa płyta Cochise zabija mi wręcz pod pewnym względem ćwieka. Dużo tu bowiem naprawdę dobrego grania, a jednocześnie wydaje się, że zespół, mimo trzech płyt na karku, nie znalazł jeszcze tego, co wysforowałoby ich z półki średniej na tę wyższą. Na pewno bronią ich kompozycje, bo przy braku prostej, czy wręcz prostackiej przebojowości, grupa konstruuje numery naprawdę progresywne (patrząc na muzyczny rodowód członków formacji - nie dziwota), w większości rozwijające się ciekawie, nierzadko w zaskakującym dosyć kierunku, przy czym zwarte i nie rozmemłane, jak to w przypadku progresywnego grania bywa.

Reklama

Przykładem może tu być numer tytułowy, który startując wstępem a'la "Deeper Kind of Slumber" Tiamatu, rozwija się w stonerowo-hard rockowym kierunku, jednocześnie nie oferując klepki w stylu "papa papa". Zaraz po otwieraczu mamy niespełna trzyminutową post-grunge'ową (myślcie: środkowy Pearl Jam) petardkę w postaci "The Boy Who Lived Before". "I Don't Care" daje wyobrażenie, że chłopaki faktycznie posłuchali sobie trochę tak Kyussa, jak i QOTSA. "Homeland" to już jakby wczesne Foo Fighters, "Circus" za to stanowi (gitarowo) doskonale odrobioną sabbathowską lekcję.

Na różnorodność klimatów na płycie i na jakość kompozycji nie sposób więc narzekać. Nie wszystek jest jednak perfekcyjnie - czas trochę poutyskiwać. Pierwsze, co rzuca się w oczy (uszy?) to fakt, że Paweł Małaszyński jednak nie jest wokalistą idealnym. Czy stara się udawać Johana Edlunda (wspomniany utwór tytułowy, czy równie tiamatowskie "Stupid Love"), czy leci konglomeratem klasyki grunge'u od Stayleya po Veddera, wydaje się że facet nie znalazł jeszcze swojego wokalnego "ja", że cały czas należy czekać, aż zbuduje kompletnie własną tożsamość. Bo owej brak szczególnie odczuwalny jest, kiedy pod koniec frazy Małaszyński robi to charakterystyczne hetfieldowskie "yeah". Paweł - błagamy - nie mamy roku 1991, czarny album Metalliki nie jest hip, oducz się tej cholernej maniery. Samą wielkość i skalę głosu pomijam, w rocku nie każdy musi być diwą, warto po prostu znaleźć własny oryginalny patent. Za ten falsecik pożyczony z 3:57 "With or Without You" w "Karmie" z kolei propsy - bardzo zabawne puszczenie oka.

Druga rzecz to właśnie wspomniana różnorodność. Z jednej strony to ogromny plus, z drugiej człowiek ma wrażenie, że zespół nie może się zdecydować w którą stronę iść. To akurat może być zarzut na wyrost, wszak choćby wspomniani QOTSA dopiero na ostatnim albumie osiągnęli względną spójność, a jakoś nikt im nigdy tego w pysk nie rzucał. Ostatnie, do czego się doczepię to zbyt mała może liczba porządnych hooków. Grupa koncentruje się na graniu inteligentnym i nieoczywistych riffach i liniach melodycznych, fajnej pracy rytmicznej, tymczasem chwilami brakuje czystej i soczystej rockandrollowej radości. Czegoś do cykania nóżką i śpiewania przy goleniu. Ale tu znów - kwestia gustu.

Jak we wstępie - "The Sun Also Rises for Unicorns" to album niesamowicie solidny, pełna profeska, jednak brakuje tu tego czegoś, co odróżnia dobrych od znakomitych, jakiegoś wow factora, iskierki prawdziwego geniuszu. Nie zmienia to faktu, że Cochise należy kibicować, nie ma bowiem w kraju znowu tak wiele kapel z cięższej strony sceny rockowej, grających na podobnym poziomie i z takimi przebłyskami polotu. Wódz Apaczów o jeden krok, a może jeden patent, od prawdziwego sukcesu. Nic, panowie... kombinujcie.

Cochise "The Sun Also Rises for Unicorns", Metal Mind Productions

6/10


Dowiedz się więcej na temat: Cochise | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje