Recenzja Bruno Mars "24K Magic": Magia końca ejtis

Pamiętacie wysokie loty Beyonce na "4", a zwłaszcza znakomite "Love On Top", którego prawdopodobnie nie powstydziłaby się sama Janet Jackson? Mam dobre informacje. Spodziewajcie się tego, że na "24K Magic" podobne ejtisowe klimaty będą dominowały przez cały album.

Bruno Mars na okładce płyty "24K Magic"

Historia lubi zataczać koło. Czasami wracamy do typowych korzeni całej afroamerykańskiej kultury, tak jak to zrobił Kendrick Lamar na "To Pimp a Butterfly" (przy okazji jego tropem podążają następni ze wspomnianą już Beyonce i Commonem na czele), a jeszcze kiedy indziej odnosimy się do lat 80., z których tak naprawdę wywodzi się ogromna część współczesnych trendów. Bruno Mars znowu nie chciał być gorszy i tym razem jego najnowsze dzieło skutecznie odkurza new jack swingowe klasyki sprzed trzech dekad. Udanie.

Reklama

Jak to zazwyczaj bywa u Marsa - muzyki nie ma za wiele, co jest dość dziwne w dzisiejszym popie, ale można się przy niej nieźle pobawić. Raptem 33 minuty dopracowanego materiału dostarcza o wiele więcej wrażeń niż zdecydowana większość stricte komercyjnych albumów tego roku. W skali czystej rozrywki urodzony na Hawajach muzyk proponuje to, z czego najbardziej słynie - proste i nieskomplikowane melodie czerpiące garściami z najlepszych wzorców.

"Możesz tę piosenkę nazywać singlem, ja ją nazywam zaproszeniem na imprezę" - tymi słowami Mars opisał na Instagramie otwierający album przebój. To właśnie opener najlepiej ukazuje czego można się spodziewać w dalszej części, tym bardziej że konstrukcja całej płyty jest bardzo sprytna. Najpierw się trochę pobawimy i potańczymy, a potem przyjdzie czas na trochę romantyzmu i odpoczynku.

Funkujące (delikatnie zahaczające o numery Ready for the World) bomby, chociażby takie jak "Perm", potrafią skutecznie rozruszać nawet największych sztywniaków, podobnie jak "Versace on the Floor" i "Finesse", które są "trochę gorszymi" piosenkami Michaela Jacksona z wysokości "Bad" i "Dangerous". Z drugiej strony Bruno mruga oczami do R&B połowy lat 90. - "Straight Up & Down" to już nawet niezłe produkcje Teddy’ego Rileya albo Boyz II Men, a gdzieś tam w tle przewija się mocno zapomniany już talkbox.

Muzycznie przez pół godziny jest się na czym skupić, może nie w płytkiej warstwie tekstowej, która raczej nie ma za wiele do zaoferowania, ale taki zamykający "To Good To Say Goodbye" to już niezły songwriterski duet z Babyfacem - nomen omen duchowym patronem "24K Magic".

Może nie jest idealnie i jest to płyta raptem na kilka razy, o której raczej nie będzie się pamiętać za jakiś czas, ale jest na tyle sympatyczna, że pozwala spędzić ze sobą kilka uniwersalnych wieczorów. Idealna do kolacji, do tańca, do innych rzeczy, tylko pojawia się pytanie czy nie lepiej jest wrócić do pierwowzorów, które są o niebo lepsze? Lepiej, bo "24K Magic" brzmi jak zbiór stron B, a nawet C, singli najlepszych płyt sprzed kilkunastu lat, ale gwoli ścisłości giganci takich "bonusów" raczej by się nie powstydzili.

Warto było czekać tyle czasu? Jak najbardziej. Fani rodziny Jackson, Prince'a, Tony! Toni! Tonè! i kilku wymienionych w tekście postaci poczują się jak w domu, a w zasadzie gdzieś w garażu bądź na strychu. Miejsca w salonie obok wspomnianych legend nowy Bruno Mars nie zajmie, ale kto wie czy idąc długim korytarzem nie zbliża się do drzwi, a te pozostaje przecież już tylko otworzyć i wygodnie rozsiąść się na kanapie. Może kiedyś?

Bruno Mars "24K Magic", Warner Music Poland

7/10

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Bruno Mars | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje