Recenzja Avatarium "Hurricanes And Halos": Prosto przed siebie

Dwie EP-ki i trzy albumy w pięć lat mogą onieśmielać. Nie mniejsze wrażenie robi błyskawicznie rozwijająca się kariera ich szwedzkich autorów. Na "Hurricanes And Halos" Avatarium stanęli więc przed niebywale trudnym zadaniem sprostania (kosmiczne) wygórowanym oczekiwaniom. Nie zdołali, ale i nie zawiedli.

Okładka płyty "Hurricanes And Halos" Avatarium

Warto wyjaśnić, że choć na "Hurracines And Halos" nie usłyszymy już Leifa Edlinga, słynny basista Candlemass jest autorem lwiej części tego materiału, pełniąc dziś w Avatarium rolę swego rodzaju mentora. Zmiana ta nie mogła jednak pozostać bez wpływu na ogólny kształt płyty, w czym swój niepośledni udział mieli także gitarzysta Marcus Jidell i stojąca przy mikrofonie Jennie-Ann Smith (prywatnie małżeństwo). Okazuje się bowiem, że trzecia płyta sztokholmskiej grupy skutecznie zdejmuje z Avatarium odium ciążących porównań, skierowując podopiecznych Nuclear Blast Records na nowe tory, po których mogą już mknąć bez konieczności ciągłego oglądania się za siebie.

Reklama

Centralnym punktem "Hurricanes And Halos", wokół którego orbitują wszystkie pozostałe kompozycje, jest bez wątpienia "Medusa Child", dziewięciominutowe monstrum, którego dwoista natura zdaje się uosabiać dramatyczny los tytułowego bóstwa z greckiej mitologii. Ciężki doomowy riff przeplata się tu bowiem z refrenem przywodzącym na myśl niepokojąco złowróżbną kołysankę, w której głosowi Jennie-Ann Smith towarzyszy dziecięcy śpiew (w pewnym momencie a capella). Tuż po psychodelicznej organowej partii Carla Westholma utwór nabiera jednak innego wymiaru, przechodząc w astralne crescendo, które w finale osiąga swe apogeum przy udziale przenikliwej gitarowej solówki Marcusa Jidella, muzyka znanego m.in. z progmetalowej supergrupy Soen.

Gitarowy ciężar, przypominający stutonowe utwory takie jak "Tides Of Telephaty" z debiutu czy "The Master Thief" z "The Girl With The Raven Mask", powraca na dobrą sprawę jedynie w "A Kiss (From The End Of The World)", którego akustyczne wprowadzenie na wzór flamenco stanowi wyłącznie kontrapunkt wobec eksplodującego, ciężkiego riffu ze stemplem jakości Tony’ego Iommiego. Całość wieńczy zaś, podobnie jak w "Medusa Child", subtelnie kosmiczna podróż na lekkim tripie, akcentowana tęsknie brzmiącą gitarą kojarzącą się z "Planet Caravan" Black Sabbath.

Na przeciwległym biegunie znajdziemy przede wszystkim melancholijny "When Breath Turns To Air". Sekcja rytmiczna przenosi nas w nim do zadymionego jazz clubu, w którym uwodzicielski, zmysłowo brzmiący głos Pani Smith doskonale koresponduje z oniryczną linią gitary i elegijnymi dźwiękami organów Hammonda. Żwawiej, choć zasadniczo softrockowo na modłę Fleetwood Mac, wypada nastrojowy "The Starless Sleep" przełamywany dumnie kroczącym, energetycznym blues / heavy rockiem. Jeszcze bardziej psychodelicznie i bluesowo robi się za to w bogato inkrustowanym bliskowschodnią melodyką, niepokojącym, a mimo to niezwykle wzruszającym "Road To Jerusalem", gdzie na pierwszy plan wysuwa się gitara akustyczna.

"The Starless Sleep" Avatarium:

W tym zestawieniu najbardziej melodyjny, galopujący niczym Dio w kwiecie wieku, jest niewątpliwie "The Sky At The Bottom Of The Sea", dynamiczna kompozycja z klawiszowym podkładem o wybitnie purpurowym zabarwieniu i przekonującym przejściu o progrockowym zacięciu, znów o lekkim posmaku naturalnych halucynogenów.

Zniewalająco przekonująco śpiewaną frazą "From the volcano / Like a bat out of hell" rozpoczyna się kapitalnie przebojowy, otwierający album "Into The Fire - Into The Storm", którego dynamika i niedorzeczna wręcz chwytliwość mogą spokojnie konkurować z tytułowym utworem z poprzedniego longplaya. I choć mnóstwo w nim oczywistych nawiązań do Deep Purple i Rainbow, nigdy nie przeradza się to w nagminne obecnie, skrojone według nowomodnych reguł, nieznośne naśladownictwo albo mniej lub bardziej odtwórcze granie, nad którym pieją dziś z zachwytu fani Blues Pills czy Pristine.

Avatarium w utworze "Into The Fire - Into The Storm":


Na tle swoich poprzedniczek, "Hurricanes And Halos" nie jest jednak płytą lepszą, za to na pewno inną i bardziej perspektywiczną. Albumem zawieszonym stylistycznie gdzieś pomiędzy progresywną naturą dzisiejszego Opeth a rockowo-pop(e)owy teatrum Ghost B.C., oferującym zarazem dalece szerszy wachlarz środków wyrazu niż ten, który sprowadzano dotąd do krzywdzącego sloganu "Candlemass z żeńskim wokalem". Tego nikt już nie powie.

Avatarium "Hurricanes And Halos", Mystic Production

7/10

Dowiedz się więcej na temat: Avatarium | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje