Recenzja At The Drive-In "In.ter a.li.a": Teksańska masakra gitarą elektryczną

Przyznajmy się szczerze, rzadko kiedy zespołom powracającym na scenę po kilkunastoletniej przerwie, udaje się nagrywać dobre albumy. Najczęściej bywa tak, że słuchając świeżego materiału grupy, której fanami kiedyś byliśmy, czujemy się jak na spotkaniu z dawnymi kumplami, z którymi nie za bardzo mamy już o czym gadać. Zamiast ze śmiechem wspominać stare dzieje i opowiadać, co nowego w naszym życiu się wydarzyło, marzymy tylko o tym, żeby wymknąć się jakoś z knajpy i jak najszybciej wrócić do domu. At The Drive-In udowodnili jednak, że istnieją wyjątki od tej smutnej reguły.

"In.ter a.li.a" to udany powrót At The Drive-In

Kiedy siedemnaście lat temu ukazała się płyta "Relationship of Command", pochodzącej z Teksasu kapeli, w której skład wchodzili: Cedric Bixler-Zavala, Omar Rodriguez-López, Jim Ward, Paul Hinojos i Tony Hajjar, świat muzyki gitarowej zdominowany był przez kiczowaty nu metal, a swoją karierę kończyła właśnie powoli załoga z Rage Against The Machine. Jednym słowem, nastały mroczne czasy.

Reklama

I nagle, niemal całkowicie znikąd, zjawili się oni, At The Drive-In. Byłem w tym czasie nastolatkiem, ceniącym w muzyce przede wszystkim szczerość przekazu, energetyczną formę i niepokorność. Stąd album "Relationship of Command" skradł z miejsca moje serce. Takiej furii, porywających partii gitar, ciężkości połączonej w jakiś niepojęty sposób z melodyjnością, nie słyszałem dotąd u żadnej innej kapeli, oprócz tej dowodzonej właśnie przez Zacka de la Rochę.

ATDI okazali się być zastrzykiem świeżej krwi dla ogromnej części słuchaczy, którzy do dziś wymieniają tę grupę, jako jedną z najważniejszych w całej historii ostrego grania. Ich fenomen tkwił głównie w dwóch elementach - porywającym i pełnym pasji wokalu Cedrica Bixler-Zavali oraz genialnym, eksperymentalnym brzmieniu, będącym wypadkową punk rocka, wczesnego emo, hard core'a i amerykańskiej alternatywy lat 90. Fani Fugazi, Glassjaw czy Finch byli w swoim siódmym niebie. Ale Teksańczykom udało się skraść serca nawet tych, którzy słuchali kompletnie odmiennych rzeczy. I właśnie w momencie, kiedy byli na samym czasie... postanowili zakończyć karierę. Powody tej decyzji to dziś nie są jasne, a co ciekawe, jedna z plotek głosi, że ostateczne przypieczętowanie losu zespołu nastąpiło po koncercie we wrocławskim klubie Wagon.

Wkrótce na prochach ATDI powstały dwa inne projekty: Mars Volta (tu trafili: Cedric Bixler-Zavala, Omar Rodriguez-López i Paul Hinojos) oraz Sparta (założona przez Jimmy'ego Warda i Tony'ego Hajjarę). Pierwszy z nich odniósł spory sukces na arenie międzynarodowej, grając psychodeliczną odmianę progresywnego rocka. Drugi też dorobił się przyzwoitej pozycji wśród zespołów z kategorii amerykańskiego rocka alternatywnego. Lata mijały, każdy robił swoje, aż nagle w 2016 roku gruchnęła wieść, że At the Drive-In schodzą się (z wyjątkiem Warda, którego na gitarze zastąpił Keeley Davis), mają zamiar ruszyć w trasę i wydać nowy album. Jak powiedzieli, tak zrobili. Na półki sklepowe trafiła w maju płyta "In.ter a.li.a".

Moje wszystkie obawy związane z tym wydawnictwem okazały się nietrafione. Oj, jak dobrze czasem się mylić! López i koledzy nie odcinają kuponów od kariery, nie są też zmęczonymi starszymi panami, chcącymi zarobić trochę pieniędzy i na nowo ogrzać się w blasku sławy. Nic z tych rzeczy. "In.ter a.li.a" to przemyślany, znakomity album, będą logiczną kontynuacją swojego poprzednika. To prawda, piosenki nie są może tak porywające, jak w przypadku "Relationship of Command", w głosie Zavali brakuje momentami ognia, no ale kto oczekiwał od Amerykanów wymyślenia na nowo koła? Ja na pewno nie.

Dostaliśmy za to zestaw jedenastu bardzo porządnych kompozycji, w których to, za co kochamy At the Drive-In znajdziemy bez problemu. Weźmy choćby pierwszy wypuszczony w świat singiel "Governed By Contagions" - Davis wyprawia na wiośle imponujące wygibasy, perkusja Hinojosa wchodzi z impetem w refrenie, towarzysząc neurotycznemu głosowi Cedrica, powtarzającemu w kółko, niczym psychodeliczną wyliczankę, słowa "That's the way the guillotine claps. She's the one who's governed by contagions". Całość agresywnie i brutalnie przetacza się po słuchaczu, ale następuje to z pewną dozą, hmm, elegancji?

ATDI znowu to robią, łączą wykluczające się z pozory ze sobą rzeczy! Na spore wyróżnienie zasługuje też otwierający płytę "No Wolf Like the Present", w którym uderzają w nas z całym impetem rwące riffy zaprzęgnięte w post hardcore'owy rydwan oraz kolejny na liście melodyjny "Continuum", któremu najbliżej jest chyba do "Relationship of Command". To, że lata spędzone przez część zespołu w Mars Volta dają o sobie znać, możemy przekonać się w kawałku "Ghost - Tape NO.9". Wokal łagodnieje, gitary się rozrzedzają, witamy w krainie kolejnego eksperymentu i łagodnego prog-rocka.

Ciekawie kapela prezentuje się jeszcze w "Incurably Innocent", w którym przywoływany jest duch emo z początku lat. 90 (ach, te cudowne wycie w refrenie), a w "Torrnetially Cutshaw" kapela  pokazuje dobitnie, że nie zapomniała o swoich punkowym rodowodzie.

Choć At the Drive-In A.D. 2017 nie zwala z nóg tak, jak siedemnaście lat temu, to i tak może zrobić na niektórych duże wrażenie. Przyznam, że osobiście należę właśnie do tej grupy. Zespół nagrał materiał, który może spokojnie rozbrzmieć na koncertach tuż obok "największych hitów" Teksańczyków. W sumie o niczym więcej nawet nie marzyłem. Dobra robota, chłopaki.

At The Drive-In "Inter alia", Warner Music Poland

8/10



Dowiedz się więcej na temat: At The Drive-In | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje