Recenzja Anohni "Hopelessness": Antony i drony

Anohni, w którą się nasz spec od chamber popu przedzierzgnął, to byt nowy i nienowy. Więcej o tym poniżej. Najważniejsze jednak, że niezależnie od stężenia nowości, byt to znakomity.

"Hopelessness" to absolutnie znakomite nagranie, z fajerwerkami otwierające kolejny etap w twórczości Anohni

Jedenaście lat temu "I Am a Bird Now" formacji Antony & the Johnsons pozamiatało scenę z okolic singer-songwriter. Wiele branżowych laurów plus pogodzenie w uwielbieniu dla tego nagrania fanów muzyki od folku po klimaty a'la Nick Cave były dowodem, że mamy do czynienia z czymś jeśli nie absolutnie niesamowitym, to przynajmniej na tyle wsobnym, żeby przyciągać i skupiać na sobie uwagę z bardzo różnych kierunków. I nawet jeśli na późniejszych płytach mniej było oczywistych sztosów, Antony z ekipą rozwijał się. Aż dotarli do ściany.

Reklama

To i przekroczenie genderowego Rubikonu zdecydowało o zmianie kierunku. "Hopelessness" miało być odcięciem się od chamber popowej tradycji na rzecz mało wesołego electro. Jest to jakieś novum, choć - przypominam - Hegarty nagrywał już elektronikę, jak choćby przy okazji współpracy z Hercules & the Love Affair. No, ale teraz całą płytę zapełnił elektrem. W dodatku na liście płac ma Hudsona Mohawke i Oneohtrix Point Never, czyli modniej chyba już się nie dało. Niby więc same zmiany, a jednak słychać wszystko, co stare i dobre.

Wprawne ucho natychmiast wychwyci kiedy dany numer komponowany był na gitarze, a kiedy na fortepianie. Kwestia akordów, harmonii i tak dalej. "Hopelessness", jakkolwiek synth popowo, czy chillwave'owo by nie brzmiało, też było zapewne dziobane na klawiszu w pierwszych etapach komponowania. I z powodzeniem można by je zaaranżować na kameralny ansambl, jaki znamy z poprzednich nagrań artystki (tak, obecnie właściwa jest już forma żeńska). Znaczy to tyle, że za elektroniczną fasadą mamy dobrze znane powłóczyste melodie, dosyć charakterystyczną targniętą soulem frazę wokalną, typowe dla Anohni harmonie. I oczywiście barwę, nad którą krytyka ongiś piała z zachwytu, że jest to największe wokalne odkrycie od czasów Björk.

Skuteczne jest to cholernie, a przy tym zdobne w jeden niesamowicie interesujący kontrast. Mianowicie idealnie easy-listeningowe 11 numerów nie traktuje, jak zazwyczaj u artystki o wielce intymnych sprawach, nie idzie wgłąb siebie drogą eterycznych bagiennych ogników, ale skupia się na bardzo przyziemnych społeczno-politycznych klimatach. Mamy zatem muzyczne piękno, ale i drone'y, i Obamę, i zmianę klimatu, i wszystko czego człowiek chciałby od współczesnego protest songu. "Gniew to doskonałe miejsce by zacząć tańczyć" - mówiła artystka w wywiadzie dla "Pitchforka".

I faktycznie, może nie gniew sam w sobie, ale co najmniej jakieś nihilistyczne, pełne zawodu ludzką kondycją wątki tu słychać, kiedy piękno elektroniki schodzi do Hadesu przeszkadzajek, gęstnieje w chaos i - niemal - noise. Przy czym muzyka nie traci natenczas nic ze swojego uroku. Zdarzy się gdzieniegdzie również i eksperyment idący jeśli nie w stronę Coila, to solowych nagrywek Petera Christophersona (The Threshold HouseBoys Choir), czy ostatnich odlotów Thighpaulsandry, jak choćby w "Violent Men".

"Hopelessness" to absolutnie znakomite nagranie, z fajerwerkami otwierające kolejny etap w twórczości artystki. Jak ładnemu we wszystkim ładnie, tak zdolnemu pasuje każda muzyczna stylistyka. Choć - powtarzam - rdzeń jest tu bardzo bliski temu, co robiła z Johnsonami. Wciąga natomiast jak cholera, czego dowodem niżej podpisany, który tak się wciągnął, że wciągnął przez nieuwagę, sekundę temu, kawę wraz z fusami. Czego i Wam, przy słuchaniu tej płyty, życzę.

Anohni "Hopelessness", Sonic

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Anohni | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje