Recenzja Afrojax "Nikt nie słucha tekstów": Hipster porażki z wydziału do spraw lamusów

Afrojax trochę nakłamał. Otóż nie, nie ma tak, że nikt nie słucha tekstów. Są jeszcze tacy, którzy starają się zrozumieć, o co chodzi temu panu. Panu artyście.

Afrojax na okładce płyty "Nikt nie słucha tekstów"

A o co mu tak naprawdę chodzi? Oto jest pytanie, więc najlepiej zapytać się o to jego najwierniejszych fanów. Może i nie ma ich wielu, ale przynajmniej są wierną grupą, w której wraz z wiernością idzie oddanie. I to nie tylko dlatego, że ci wielbiciele są w stanie postawić na półce albumy z przeraźliwie ohydnymi okładkami, których wrażliwcom nie wypada nawet pokazać.

Reklama

Zapewne pojawienie się potomka i wygranie jednego z odcinków "Jednego z dziesięciu" (tak, to prawda) bardzo mocno wpłynęły na jego muzykę, bo "Nikt nie słucha tekstów" trochę zmienia obraz postrzegania muzyka. Zdejmujesz legendarny szyld i zaczynasz nowy etap w karierze. Wróć. Zdejmujesz szyld i zaczynasz robić to, co musiałeś zrobić w jakimś 2007 albo 2009 rok, czyli chwilę po premierze swoich dwóch największych osiągnięć artystycznych.

"Nikt nie słucha tekstów" już po pierwszym odsłuchu wydaje się być zaginionym rarytasem. Znowu gorycz, zabawa słowem i skojarzeniami leją się strumieniami, a liryczne błyskotki pojawią się w co drugim wersie (mój ulubiony to "Zacząłem przy butelce Żytniej, przy stoliku spowitym marazmem / Mówiła "słucham muzyki ambitnej i słowa są dla mnie ważne"). To wszystko podane jest na ładnych melodiach ("Tytułowy", "Co tak głupio brzmi", a takie "W końcu piosenka o miłości" brzmi niczym Afro Kolektyw z wysokości "Piosenek po polsku"), które które wraz ze swoim urokiem przemycają dużo lokalnego folkloru w "Doliniarzu z Pragi". Gdzieniegdzie pojawia się fajnie dobrany samplek, jak w "Dawno nie było tu wojny", a jeszcze gdzie indziej trafiamy w klimaty godne "Przecież ostrzegałem" - najbardziej karykaturalny "Na wszelki upadek".

O ile na Afro można polegać zawsze, to różnie bywa ze współpracownikami. I nie mam tu na myśli m.in. członków Afro Kolektywu, którzy pomogli stworzyć melodie. Łona, którego ostatnio jest zdecydowanie za mało, już na wstępie doskonale uzupełnia gospodarza i  przypomina z kim powinien nagrać wspólną płytę. Lirycznie można więcej wymagać od Mesa w "Czarnym lakierze", chociaż technicznie zostawia resztę w tyle, a i wers "Dostajesz SMS-a, czterocyfrowy nadawca / Odeślij, bo pieski potrzebują wybawcy" brzmi niczym jeden ze szkiców Afro, co należy potraktować jako komplement. Tacy Eskaubei i Muflon próbują gonić gospodarza w odpowiednio "Tata wstał" i "Co tak głupio brzmi", i wychodzi im to całkiem nieźle, jednak po jaką cholerę jest tutaj Gospel, udający bardziej zblazowaną wersję gospodarza? 

W przeciwieństwie do dwóch poprzednich solowych (arcy)dzieł, "Nikt nie słucha tekstów", jawi się jako prawie kompletny album zawierające wszystko, co najlepsze w samym Afrojaxie. Nawet nie do końca trafione skity, zwłaszcza "Morrissey, czy mało śmieszna agro historyjka w "Na wszelki upadek", są tutaj istotne. "Tak, jak Afro pisać nie potrafi nikt" - powie wierny fan. 

Afrojax "Nikt nie słucha tekstów", Wytwórnia Krajowa

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Legendarny Afrojax

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje