Recenzja Acid Drinkers "Peep Show": Zagadka długowieczności

Przypadające właśnie w tym roku 30. urodziny Acid Drinkers skłaniają do refleksji, każą zadać pytanie, jakim cudem nie stracili zapału. W rozwiązaniu zagadki długowieczności poznańskiego zespołu wielce pomocny okazuje się "Peep Show".

Acid Drinkers: Zaskakuj robiąc swoje!

Bogata dyskografia poznaniaków uświadamia jedną, fundamentalną prawidłowość: Acid Drinkers czerpią z różnych źródeł, wypływające z nich strumienie zawsze jednak znajdują drogę domu, owej szalenie trudnej do uzyskania, stylistycznej tożsamości, której nie sposób przecież odmówić grupie z Grodu Przemysła.

Reklama

Choć kontakt z 15. regularną płytą Kwasożłopów miał być niczym "kop w papę bez brania jeńców", wbrew skądinąd słusznie rozumianemu entuzjazmowi muzyków, uważam, że i tym razem kwartet z Poznania zaproponował więcej niż to, co podpowiada ogólne wrażenie, zwłaszcza ubrane w przedpremierowe groźby i euforię.

Różnica pomiędzy uszlachetnionym klasyką rocka i metalu "25 Cents For A Riff" sprzed dwu lat a "Peep Show" jest jednak wyraźna i nie dotyczy tylko okładki, którą Jerzy Kurczak (autor rysunków do pierwszych płyt Acidów i nie tylko) najwyraźniej stylizował tym razem na wiekopomnych dziełach Papcia Chmiela.

Potwierdzeniem tezy o ofensywnym charakterze tego materiału są bez wątpienia skorodowane crossoverem petardy, na czele z zawrotnie szybkim "Heavenly Hellfucker", otwierającym całość, thrashowy "Let'em Bleed" i niepozbawionym punkowej żywiołowości "Monkey Mosh". W ostatnim z nich mamy już jednak do czynienia nie tylko pędem, ale i ciężkim, rwanym zwolnieniem, który nie powinien umknąć uwadze zwolennikom francuskiej Gojiry. Tym zaś, którzy słyszą w tym djent spod znaku Meshuggah czy Periphery - bo i takie opinie słyszałem -  zalecam, mimo wszystko, rychłą wizytę u laryngologa.

Podobne nowoczesne afiliacje ujawnia świetny "Sociopath", któremu mechaniczne frazowanie bliskie Fear Factory przydaje niewątpliwego uroku. Na przeciwległym biegunie znajdujemy za to opatrzony skandowanym refrenem i wsparty kapitalną gitarową melodią, kanoniczne brzmiący "Thy Will Be Done", przy którym sakramentalne pytanie "Czy (nadal) jesteś buntownikiem?" należy uznać za retoryczne.

W singlowym "Become A Bitch" z kolei pobrzmiewają miejscami echa Pantery, w swojskie koleiny sprowadza go jednak szybko, tym razem bardziej rozśpiewany niż skandowany, refren. Thrashowe proweniencje z Bay Area zdradza z pełną mocą "God Is (Isn't) Dead"; ze slayerowskich annałów pochodzi zaś niechybnie "The Cannibal" z budzącymi grozę monologami Titusa kojarzącymi się nieodparcie z klasykami pokroju "Dead Skin Mask", a już na pewno z "213".

Na tym tle nieco inaczej, choć równie dobrze, wypadają inkrustowane solidnym groove'em "Diamond Throats", który z pewnością przypadnie również do gustu fanom Sepultury, oraz autorefleksyjny "50? Don't Slow Down", w ramach którego szybkość i wirtuozerski polot Annihilator przeplatają się z przysadzistą pulsacją, nad wszystkim tym unosi się zaś duch Lemmy'ego Kilmistera.

Mimo iż część zawartych tu numerów oparto tym razem na mniej wymagającej riffowej repetycji (zgodnie zresztą z deklarowaną przez Acidów brutalnością generowanych dźwięków), wieńcząca "Peep Show" kompozycja "After The Vulture", bliski kuzyn równie transowej "Acidofilii" - z tekstem zmarłego ponad 20 lat temu rumuńskiego filozofa Emila Ciorana - gwarantuje ujmującą, egzystencjalną podróż po brzmieniowych bagnach Luizjany, której rozmarzony kosmiczny finał sytuuje się gdzieś na rubieżach odległej galaktyki space rocka.

Stanowi to przy okazji nieoczywistą acz jakże celną puentę całego, barwnego dorobku poznaniaków; rozszyfrowanie tajemnicy długowieczności Acid Drinkers wydaje się więc proste -  zaskakuj robiąc swoje!

Acid Drinkers "Peep Show", Makumba Music

8/10

Dowiedz się więcej na temat: Acid Drinkers | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje