Krócej, ale różnorodniej

Mastodon "The Hunter", Warner Music Poland

Jeżeli jesteś wiernym fanem kwartetu z Atlanty i oczekujesz następcy rozbudowanych i rozbuchanych do granic przyzwoitości znakomitych płyt z trylogii: "Leviathan" / "Blood Mountain" / "Crack The Sky", to możesz zostać zaskoczony. Od horyzontów słuchacza zależy już, czy pozytywnie.

Reklama

Zacznijmy od pewnej symbolicznej zmiany. Najdłuższy utwór na "The Hunter" trwa 5 minut 30 sekund (finałowy "The Sparrow"). Krótko, jeżeli weźmiemy mastodonowe standardy, bo przecież w wielu kompozycjach kwartet na tej wysokości numeru dopiero nabierał rozpędu. To oddaje, w którą stronę postępowi metalowcy ze stanu Georgia postanowili uderzyć tym razem. Rezygnacja z panoramicznych kompozycji składających się czasem i z trzech odrębnych segmentów, które spokojnie mogłoby tworzyć udzielne piosenki, wcale jednak nie oznacza odrzucenia ambicji stworzenia czegoś osobliwego. Ten pęd wciąż jest, tyle że skumulowany średnio w niecałych czterech minutach.

"The Hunter" to album przede wszystkim bardzo różnorodny. Otwierający "Black Tongue" przywołuje Slayera, tudzież Metallikę z czasów "przedczarnoalbumowych", a następny w kolejności singlowy "Curl Of The Burl" to Black Sabbath w wersji funk. Składające się z dwóch części "Thickening" to początkowo tajemnicza instrumentalna kompozycja, która później zamienia się w upiornego stonera. Odniesienia do space rocka słychać natomiast w międzyplanetarnym "Creatures Lives", który po jakimś czasie ewoluuje w psychodeliczną odmianę rycerskiego heavy metalu. Serio! Wreszcie, wspomniany wyżej "The Sparrow", w dużej części brzmi jak Pink Floyd w swej kwaśnej postaci z początku lat 70. zeszłego stulecia, gdyby tylko Roger Waters i koledzy zechcieli wówczas zagrać trochę ciężej.

Jak widać, o ile Mastodon postanowili znacząco ograniczyć się pod względem czasowym, to za utraconą swobodę postanowili odkuć się w obszarze brzmienia i stylistyki. Efekt jest znakomity i chyba nie ma wątpliwości, że "The Hunter" to kandydat Numer Jeden do albumu roku 2011 w kategorii ciężkiej, ale mainstreamowej muzyki gitarowej. No bo kto ma zespołowi niby zagrozić? Foo Fighters?

Mastodon w temacie rozwijania muzyki metalowej zrobił więcej, niż sporo i doszedł do etapu, w którym musiał wykonać skok na wyższy pod względem komercyjnym poziom i otworzyć się na szerszy rynek. To udało się bardzo sprawnie, bez zaprzedawania własnej duszy. Teraz zadanie rozwijania formuły ekstremalnej muzyki gitarowej przejmie zapewne północnoamerykańska scena muzyki blackmetalowej (USBM), bo przecież takie formacje, jak Liturgy, Krallice czy nawet mało znane jeszcze, acz rewelacyjne Woe czynią metal wciąż świeżym zjawiskiem. Co wcale nie wyklucza, że na następnej płycie Mastodon nie zafundują nam czegoś odkrywczego, w najgorszym razie nieoczekiwanego. Do tej pory udowodnili bowiem, że mają to we krwi.

8/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

Dowiedz się więcej na temat: Mastodon | recenzja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje