Przystanek Woodstock 2016

Przystanek Woodstock 1997: Słoneczniki, wielki gorąc, debiuty Eweliny Flinty i Romana Polańskiego

Na kilka dni przed rozpoczęciem tegorocznego Przystanku Woodstock przypominamy historię trzeciej edycji festiwalu, która odbyła się w 1997 r. w Żarach.

Zabawa w błocie na Przystanku Woodstock 1999 w Żarach

Poniżej możecie przeczytać fragment książki "Przystanek Woodstock. Historia najpiękniejszego festiwalu świata", napisanej przez Jana Skaradzińskiego i Jurka Owsiaka.

Reklama

Zatem jeszcze raz - jak trafiłeś na Żary?

Jurek Owsiak: - Bodzio Waszkiewicz, który jest z Żar i szefuje domowi kultury w pobliskiej Łęknicy (robiąc tam przepiękne finały Wielkiej Orkiestry), pisze do mnie list w stylu "może byś wpadł, bo mam Żary - taką miejscowość niedaleko granicy, niedaleko Frankfurtu. Jest miejsce po aeroklubie". Przyjechałem i zobaczyłem - faktycznie... przygraniczne, poniemieckie, bogate miasto z ładnym rynkiem i bazarami. Fajne miejsce. I burmistrz Franek Wołowicz bardzo życzliwy. A rok 1997 to jeszcze nie czas, kiedy włodarze myślą w kategoriach marketingowych, kiedy niemalże u każdego wójta jest rzecznik prasowy i komórka do spraw marketingu.

Ale Żary to jak Szczecin - też daleko.

- W zasadzie też daleko, lecz tym razem również od wielkich miast - czyli plus. Powtórzę, że Przystanek ucieka od wielkich miast, bo ludzie, którzy na festiwal przyjeżdżają, uciekają też od ciśnienia wielkich miast.

Przy okazji - panuje opinia, że Przystanek Woodstock nie jest imprezą dla ludzi wielkomiejskich, co potwierdzają wywieszane flagi.

- Przystanek Woodstock jest imprezą dla każdego, kto ma ochotę przyjechać i respektować panujące na nim zasady. Wierz mi, że przyjeżdżają ludzie zarówno z Mielca, Krotoszyna albo Sokółki, jak i z Krakowa, Gdańska czy Poznania.

Żary to "tak piękne okoliczności przyrody"...

- Pierwsze, co zobaczyłem w Żarach, to niekończąca się łąka z muldami. A niedaleko szkoła rolnicza. Wpadliśmy na pomysł, już nie wiem czym zainspirowany, żeby zasadzić słoneczniki. Dyrektor szkoły zgodził się: "OK, mamy godziny przeznaczone na praktyki, więc uczniowie mogą na nich sadzić słoneczniki. Tylko załatwcie paliwo do traktora". Załatwiliśmy i zrobili wysadzaną tymi słonecznikami wielką aleję w kształcie krzyża. W pierwszym roku wyrosły co prawda słabo, cherlawo, za to w następnych... Piękne!

Słoneczniki stały się niemal symbolem Przystanku, zwłaszcza jego żarskich wydań. Podobnie jak zachody słońca...

- Tak. Scenę można było tak naprawdę postawić tylko w jednym miejscu, i wtedy okazało się, że przy zachodzie słońca bije nam ono ostro w ryj. Ale zachód słońca ma to do siebie, że jest zjawiskiem ruchomym i po chwili słońce znajduje się nie z przodu sceny i z tyłu publiczności, lecz z boku. I jest przepięknie. Jacek Kleyff z Orkiestry Na Zdrowie nawet zapisał sobie w kontrakcie, że ma występować przy zachodzie słońca! Śmialiśmy się z tego punktu umowy, ale Orkiestra Jacka rzeczywiście wystąpiła przy zachodzącym słońcu. Co znaczy, że czasowo się wyrabialiśmy.

Zachód słońca jest piękny wszędzie, ale dobrze go widać tylko na otwartej przestrzeni - właśnie takiej jak w Żarach. Innym słowy - wyjątkowa przestrzeń powodowała, że to zjawisko przyrodnicze też było wyjątkowe.

Określenie "tak piękne okoliczności przyrody" jeszcze nam się przyda. Teraz należy jednak przypomnieć, że w 1997 okoliczności były nie tylko piękne, bo to przecież rok powodzi, przy której ta o rok starsza ze Szczecina wygląda jak brodzik przy basenie. Co nie pozostało bez wpływu na twoją imprezę...

- Zacznę od tego, że fundacja zaczęła być aktywna nie tylko w kontekście finału Wielkiej Orkiestry, ponieważ ludzie, powodowani takim zdrowym odruchem pomocy ofiarom powodzi, zaczęli spontanicznie przychodzić do nas z darami, jako że Polska była kompletnie nie zorganizowana, a służby rządowe w postaci pana Cimoszewicza wyjechały sobie na wakacje. Myśmy początkowo w ogóle nie chcieli się tym zajmować, ponieważ fundacja nie do tego została powołana, ale skoro już... Koło fundacji - wówczas mieszczącej się przy ulicy Madalińskiego (w mieszkaniu kupionym od kompozytora i dyrygenta Satanowskiego) - znajdował się wielki plac należący do SGH, który wynajęliśmy, bo już nie mieliśmy gdzie składować wody, lekarstw, ciuchów. Z Madalińskiego odjechało ze sto transportów, tiry podjeżdżały także nocą, myśmy tam po prostu mieszkali i nocowali, a okoliczni ludzie przynosili nam jedzenie. Ale wszystko odbywało się spontanicznie, czyli po wariacku, toteż ruch i gwar były takie, że w końcu granice akceptacji zostały przekroczone i niedługo musieliśmy się wynieść.

Dodam przy okazji, że panował tam taki zwyczaj, iż gości (muzyków, ale nie tylko) prosiliśmy o podpisywanie się na ścianie naszej klatki schodowej. Po prostu raz ktoś się podpisał i dalej poszło samo, aż w końcu autografy zaczęły się wylewać poza nasz obszar. To zresztą też miało wpływ na wspomniane przekroczenie granicy tolerancji... Zaangażowanie w pomoc powodzianom spowodowało, że nie mogliśmy - mimo iż w Żarach wszystko było już zaklepane - dotrzymać terminu.

Postanowiliśmy jednak nie rezygnować z festiwalu, tylko przesunąć go na pierwszy tydzień sierpnia. Co okazało się ruchem bardzo fortunnym w sensie pogodowym. Pamiętam, że rok wcześniej deszcz w Szczecinie w połowie lipca trochę nas zdziwił, a w 1997 przecież także w lipcu fest padało. Tymczasem na początku sierpnia - odpukać - zawsze jest OK.

Nie miałeś obaw o frekwencję?

- Oczywiście miałem. Ale tamtą powódź odbierano w Polsce bardzo dziwnie - część osób jako tragedię, a część... nawet nie bardzo miała o niej pojęcie. Pamiętam szokujące zbitki zdjęć - jedni pływają łodziami po ulicach totalnie zalanego Wrocławia, inni na luzie spacerują po Monte Cassino w Sopocie, bo dla nich wydarzenia we Wrocławiu to jak wydarzenia na Borneo czy Filipinach. Wiadomo było, że ludzie z terenów zalanych będą musieli zostać w domu.

Jednak do Żar przyjechała masa osób, kilkadziesiąt tysięcy, co upewniło nas, że festiwal jest potrzebny, a jego formuła staje się dopracowana. Czyli kapele, które występują, wcale nie muszą być kapelami znanymi.

Fakt. Niektóre - z całą pewnością nie gwiazdorskie - na trzecim Przystanku występują już po raz trzeci (jak Obstawa czy Gang), dorabiając się tym samym miana kapel "Owsiakowych".

- Dopiero po latach nabrałem wątpliwości, czy jakaś kapela powinna występować na trzech Przystankach z rzędu.

Ale po raz pierwszy ścigasz już prawdziwe gwiazdy, czyli Acid Drinkers i Dżem. Skąd ten przełom?

- Z Acidami zwykle była kwestia pieniędzy. Pamiętam, że targowałem się wtedy przez telefon, bo byłem gdzieś na wakacjach, akurat wręcz przysłowiowo na leżaku przy basenie. Dostali w końcu więcej niż stówkę na głowę, ale jeździli takim wielkim samochodem - zrozumiałem ich... Natomiast Dżem zaprosiłem jako zespół bluesowy, tymczasem okazało się, że mamy do czynienia z bandem rockowym typu ZZ Top. Dewódzki, który wówczas z nimi śpiewał, jest gościem sympatycznym, odbierano go miło - bo takiego odbioru na Przystanku uczyliśmy - ale musiał przełamywać pewną barierę. Zupełnie inaczej niż później Balcar. A cały Dżem to zero gwiazdorstwa (jakby do nich nie docierało, jacy są popularni!) i pełny profesjonalizm, żelazne respektowanie regulaminu - gdybym powiedział, że mają kończyć, skończyliby w ciągu dwóch minut.

Mówiłeś o gwiazdach, powiedz o debiutancie, czyli Surprise ze sławną później Eweliną Flintą. Gdyby nie późniejszy o kilka lat "Idol", można by powiedzieć, że to Przystankowe odkrycie...

- Ewelina Flinta pochodziła z okolic Żar. Pojawiła się - pamiętam - w rozszerzanych spodniach i hippisowskiej koszuli. Dopóki śpiewała własne piosenki, publiczność słuchała tylko grzecznie, ale jak wrzuciła standardy Zeppelinów, 4 Non Blondes,  "Mercedes Benz"- zawrzało. Bo wtedy naprawdę pokazała, jakie ma możliwości. Mam wrażenie, że kiedy stała się sławna, repertuarowo i artystycznie cofnęła się, ponieważ te jej późniejsze milutkie przeboje nie ujawniają klasy jej głosu. A ma w gardle F-16! Ze swoim lokalnym bandem pod tytułem Surprise prowadziła się jeszcze jakiś czas, ale on ją wstrzymywał w karierze.

Chyba już pora na pytanie, czemu tak wielki festiwal jak Przystanek Woodstock nie wylansował żadnej nowej gwiazdy... Zastanawiałeś się nad tym?

- Nie specjalnie. Może dlatego, że ja nie mam wyczucia do przebojów i podoba mi się co innego niż większości. Może chodzi tu o kwestię braku konkursu, może czasy są inne. Pamiętaj jednak, że Przystanek nie jest nastawiony na "lansowanie młodych talentów".

Wykonawcy zagraniczni byli w tamtym roku skromni.

- The Devas to amerykańska kapela podesłana przez Hare Krishnę. Śpiewająca dziewczyna na próbie wyglądała świetnie, ale na koncert ubrała się plastikowo - i publiczność słuchała tylko kulturalnie, nic więcej. Ciekawostką było to, że w Village Of Peace śpiewał koleś z Nowej Zelandii.

Kto jeszcze zapadł ci w pamięć z 1997 roku?

- Róże Europy, na gitarze z Ukraińcem, zagrały "Jedwab" w takiej wersji, że powinna być puszczana w radiu zamiast tej studyjnej. Piotrek Klatt już wtedy był związany z telewizją, więc liczyłem, że znajdę w nim tam propagatora Woodstocku, tymczasem w skali od jednego do dziesięciu propagował Przystanek na zero. Nigdy nie poczułem tchnienia jego pomocy. Boguś Wyderka wystąpił tym razem z zespołem Agrest, przy czym zespół składał się z drugiego gitarzysty. Ważne, że on nas nic nie kosztował, po koncercie szedł na pole namiotowe i tam się gubił. Mocno też zapamiętałem Tuff Enuff, którzy rok wcześniej zagrali znakomity koncert, a teraz posłali obrzydliwy, ordynarny tekst pod adresem gwiazdy disco polo Shazzy, zupełnie nie wiadomo po co. Musiałem zareagować: "Panowie stop, pani Shazza chyba nie obraża was na swoich koncertach?!". Zupełnie nie zrozumieli, że na Przystanku się nie bluzga. Oczywiście co innego, jeśli Titus wita publiczność słowami "Już was, kurwa, więcej matka nie miała?", bo to to samo, co w ustach kogoś innego "Dobry wieczór państwu".

Przystanek rozrasta się nie tylko dzięki gwiazdom na scenie. Po raz pierwszy mamy Małą Scenę i po raz pierwszy stanął - dla odmiany duży - namiot Hare Krishna.

- Mała Scena jest naprawdę malutka. W domu kultury jeden mikrofon i jeden głośnik. A przeznaczono ją dla poetów, na zasadzie "jeśli masz piosenkę, możesz ją zaśpiewać z gitarą". Opanowało tę scenę paru gości, między innym niejaki Patyczak, którego kiedyś dałem nawet na scenę Dużą (ale przewalił czas okropnie), oraz sam Pan Witek. Małą scenę prowadził miejscowy chłopak z domu kultury w Żarach, wojując z publicznością w sensie stopowania przekleństw i poprawiania niewyszukanych manier. Ale w sumie fajne urozmaicenie. Zespoły rockowe nie miały tam wjazdu, ponieważ na Przystanku nie może być tak, że jeśli się nie dostałeś na Dużą Scenę i grasz na Małej, to jesteś gorszy. Przystanek Woodstock nie jest konkursem - i tego się będę trzymał. Zresztą mam złe wspomnienia z Małej Sceny z Jarocina, bo budowała ogromne napięcia, wytwarzała złe ciśnienie. Nie mogę zapomnieć, jak w 1992 roku ludność podzielił do krwi Defekt Muzgó.

A przez Hare Krishna zostałem zaproszony jako świadek na śluby w tradycji wedyjskiej. Mnóstwo kolorów, mnóstwo ogni, mnóstwo ludzi. Takie małe Indie! Namiot był usytuowany blisko, a nawet za blisko głównej sceny, bo narzekali, że dochodzący z niej dźwięk zakłóca atmosferę. Dodam, że z jedną z tych par po dziś dzień utrzymuję kontakt.

Wspieranie Hare Krishna musiało mieć wpływ na to, że krytykował cię Kościół. No bo takie nie wiadomo co w prawym kraju katolickim...

- Nie, zmasowanej krytyki Kościoła nie wiążę z Krishną. Jeżeli chodzi o Orkiestrę, krytyka była praktycznie od początku, jeśli chodzi o Przystanek - kojarzę ją głównie z Przystankiem Jezus, czyli zaczęło się dwa lata później.

Można powiedzieć, że wyprzedziłeś pana Gosiewskiego...

- Niezupełnie. Przyjazd kilkudziesięciu tysięcy ludzi wymagał dodatkowych pociągów i specjalnego peronu polowego - bo ten dotychczas istniejący, malutki, nie wytrzymałby takiego naporu. No i zrobiliśmy peron z piasku - stacja nazywała się Grabik - peron potrzebny, podczas gdy pan Gosiewski z betonu i niepotrzebny - taka jest różnica. A to, że PKP i wojsko z Żagania (bo ono pomagało usypać ten peron) zgodzili się nam pomóc, pokazuje, że mimo krytyki dziennikarskiej i kościelnej Przystanek Woodstock jest jednak dobrze odbierany.

Trzeba tu dodać, że od początku Żar wojsko bardzo pomagało nam także w organizacji kuchni. Robiło to tak jak trzeba, a smak tego wojskowego jedzenia dobrze pamiętamy do dziś.

I jeszcze jedno - musieliśmy wytłumaczyć woodstockowiczom, iż do sceny należy dojść specjalną drogą. Bo kiedy wysiadali z pociągu, od razu widzieli zarys sceny i chcieli naturalnie dojść do niej najkrócej - czyli przez prywatne pola, co potem mogło wiązać się z pretensjami właścicieli i odszkodowaniami za zniszczone zbiory.

A może to nie Przystanek Woodstock był ceniony przez różne instytucje, lecz ty jako dyrygent Orkiestry...

- Zawsze powtarzam, że Orkiestra i Przystanek to jedna całość, to dwie strony tego samego medalu. Nie jest tak, że w zimie jestem aniołem, a w lecie wyrastają mi rogi, ogon i kopyta.

No to powróćmy do "tak pięknych okoliczności przyrody". Przed festiwalem wyświetliłeś "Rejs", do czego nie doszło w Czymanowie. Zemsta po latach?

- Od początku mówiliśmy sobie, że chcemy na Woodstocku nie tylko muzykę. Filmy też. Zacząłem od "Rejsu", ponieważ go kocham, a poza tym chciałem pokazać, co to znaczy film naprawdę kultowy. Kultowe są dla mnie właśnie "Rejs", "Vabank", "Seksmisja", a nie "Psy". Bo film kultowy to coś dużo więcej niż dobry i popularny. Możesz wyłączyć fonię, a ludzie sami dopowiedzą dialogi...

Akurat uważam odwrotnie - "Vabank" i "Seksmisja" są dobre i popularne, a "Psy" kultowe. Ale co do "Rejsu" nie może być grama wątpliwości.

- Wiesz, ubek z "Psów" pasuje do dzisiejszych czasów, a kaowiec z "Rejsu" nie. O to mi chodziło przede wszystkim. W każdym razie odpaliłem "Rejs" na Woodstocku mimo pewnych wątpliwości, jak do współczesnych nastolatków dotrze film dla nich z czasów antycznych i w związku z tym mogący nieść dowcip kompletnie niezrozumiały. I co się okazało? Wszyscy "Rejs" znają i kochają. Czyli eksperyment się udał.

W następnych latach pokazaliśmy późną porą "Misia", "Bruneta wieczorową porą", "Giuseppe w Warszawie". Na początku filmy szły na rozkładanym ekranie z maszyny z 1953 roku, która terkotała, co może jednak dodawało projekcjom uroku. Nawet czasem żałuję, że dzisiaj leci się z krystalicznego DVD.

No to dalej filmowo - pierwszy raz Przystanek Woodstock otwiera Roman Polański.

- Czyli "ostatni zawiadowca stacji Żary". Ktoś mi powiedział, że jest facet z Żar, który tak się nazywa, i może się przyda. Pasowało mi to, panu Romanowi - człowiekowi ciepłemu i miłemu - też. Utarła się taka formułka na początek festiwalu: "W imieniu Polskich Kolei Państwowych Przystanek Woodstock - tu data - odjazd!" i pan Polański gwiżdże, a potem orkiestra gra "Glory, Glory Alleluja". Po latach już odruchowo mówię, że festiwal otworzy Polański. "Roman Polański?!" - niektórzy upewniają się. "Tak, Roman Polański" - odpowiadam zgodnie z prawdą.

Do Kostrzyna też przyjeżdża, zostaje na koncertach, choć nie na wszystkich i nie do końca, rozmawia z ludźmi, podobno bywa pytany o "Dziecko Rosemary" albo "Nóż w wodzie". Stał się ciekawostką Woodstocku.

Jeśli teraz zapowiesz Romana Polańskiego, będzie sensacja.

- [Śmiech] Dodam, że w okolicach Żar mieszka inny pracownik kolejnictwa - Andrzej Wajda.

Twoje główne skojarzenie z Woodstockiem 97?

- Skojarzenia mam wielkie - wielka ilość osób, wielka łąka i wielki gorąc.

PRZYSTANEK WOODSTOCK - ŻARY 16 - 17 sierpnia 1997

Wystąpili pierwszego dnia: Backquick, Surprise, Graffiti, Dobra Siła, Festiwal Hare Krishna, Olej, Ide, Róże Europy, Tuff Enuff, Skankan, Yellow Umbrella, Carrantuohill (nagroda Jurka Owsiaka), Acid Drinkers (laureat Złotego Bączka), Dżem.

Drugiego dnia: Monkey Business, Pivo, Yo, Jak Wolność To Wolność, Easy Rider, Agrest i Boguś Wyderka, Quo Vadis, Nocna Zmiana Bluesa, Zabrzańska Orkiestra Rockowa, Ankh, Closterkeller, Trebunie Tutki i Słoma, Obstawa Prezydenta, The Devas, Gang Olsena.


Dowiedz się więcej na temat: Przystanek Woodstock | Jurek Owsiak
Najlepsze tematy