Przystanek Woodstock 2014

Trudne początki Przystanku Woodstock. "Prze-pra-sza-my"

Brak gwiazd, konflikt z mieszkańcami, fatalna prasa, agresywni uczestnicy - lekko nie było. Na stronach INTERIA.PL możecie przeczytać fragment książki "Przystanek Woodstock. Historia najpiękniejszego festiwalu świata", napisanej przez Jana Skaradzińskiego i Jurka Owsiaka. Przypomnijmy, że tegoroczna, 20. edycja imprezy rozpocznie się w czwartek, 31 lipca, w Kostrzynie nad Odrą.

Poniżej zamieszczamy rozdział "1995, czyli nie było gucio", opowiadający o organizacji I Przystanku Woodstock, który dobył się w Czymanowie w 1995 roku.

Reklama

- Kiedy zabrałeś się za organizację Przystanku Czymanowo?

Jurek Owsiak: - Wczesną wiosną. Zwykle zaczynam przygotowywać Przystanki o tej porze.

Jak trafiłeś na Czymanowo?

- Wiedzieliśmy, że robiono tam festiwal Energia Sztuki. Przepiękne miejsce, ogromne pieniądze, parę gwiazd, ale organizacyjnie to był skandal - koncerty przeciągnięte, kończyły się o szóstej rano.

"Przepiękne miejsce"...

- Tak. Pojechałem obejrzeć je z kumplem, operatorem Adasiem Sokołowskim. Długo krążyliśmy samochodem i w pewnym momencie na chybił trafił wyjąłem z pudła jakąś kasetę - okazało się po chwili, że to Canned Heat. "Adaś, akurat na wejście woodstockowa muza. To musi być dobry znak!". A miejsce rzeczywiście fantastyczne - jezioro, niedokończona elektrownia atomowa, z góry amfiteatralnej patrzysz prosto na scenę. Za to obok czworaki, popegeerowskie domy - dla odmiany paskudne.

- Idziemy do sołtysa, jest zachwycony. "Panie Jerzy, będzie gucio" - czyli gut, czyli dobrze. Mnie od razu zapaliła się czerwona lampka. "Zobaczymy" - chłodzę go. "Panie Jerzy, na pana nazwisko przyjedzie bardzo wiele ludzi. Będzie gucio" - powtarza. I ciągle wyjeżdża z tym "guciem". A jak powiedziałem mu, że chcę, by mieszkańcy zarobili na handlu - ucieszył się jeszcze bardziej. Było wszystko pięknie dopóki nie minął nas samochód jakiegoś lokalesa. Facet zatrzymał się, uchylił szybę, wystawił głowę i ryknął do mnie: "Wypierdalaj stad!".

Tubylcy zarobili?

- Nie w taki sposób, w jaki chciałem. Na wieść o prohibicji powyłazili z gorzałą z każdej dziury. Z każdej! Poza tym pociąg, który dowoził ludzi na trasie Pruszcz Gdański - Czymanowo po torach specjalnie przeznaczonych do budowy elektrowni, był "zmęczony", bo podróżowano nim po piwo, gorzałę... (potem trzeba było robić zbiórkę poprzez radiowy "Brum", żeby naprawić szkody). Prohibicję przegraliśmy z kretesem.

Trudno było załatwić tę kolej?

- Nie. Weszliśmy do dyrekcji kolejowej "z buta", licząc na życzliwość. I znaleźliśmy ją. Pociąg był kluczowy w kontekście całego festiwalu, bo do Czymanowa nie ma jak dojechać. Jakiś jeden pekaes, a i to nie na pewno. A wiedzieliśmy, że jeśli ludzie będą mieli czym przyjechać, to... przyjadą. Dodam, że załatwiliśmy druk specjalnych kart telefonicznych - przygotowano chyba pięćset, a sprzedaliśmy czterysta pięćdziesiąt, czyli nieźle.

Z innymi instytucjami poszło równie łatwo?

- Właściwie tak. Pojechaliśmy do sanepidu w Pruszczu Gdańskim, pod który podlegało Czymanowo. Tłumaczyliśmy, że nie będzie wodociągów (bo skąd?), za to zastosujemy patent podpatrzony w Ameryce, czyli wodę oczyszczą kolejne warstwy nałożonych na siebie kamyczków (później okazało się, że najlepszym miejscem do mycia było jezioro). No i podpisali, że się zgadzają. Udało się załatwić kartki pocztowe ze specjalnym stemplem okolicznościowym. Wtedy jeszcze nie było tego gąszczu przepisów, które bardzo skutecznie potrafią uprzykrzyć życie.

No i - nie ukrywajmy - każdy kolejny finał Orkiestry nie tylko cię rozsławiał, lecz przede wszystkim ugruntowywał do ciebie zaufanie.

- Nie ukrywajmy. "O, pan Owsiak? Prosimy bardzo" - często drzwi otwierała po prostu moja gęba. Podobną drogą znaleźliśmy sponsora, co było trudne i ważne. Bo gdyby nie ogromny zbieg dobrych okoliczności, nigdy byśmy tego koncertu nie zrobili. Od sponsora dostaliśmy na teraźniejsze pieniądze sto tysięcy złotych. Sponsor anonimowy, nie do rozszyfrowania do dziś (pod adresem, który podał - Warszawa, plac Konstytucji ileś tam - nikt nie mieszkał). To oczywiście mógł być Bagsik albo Pershing, ale oni na coś takiego nie dają. Zresztą zasada Orkiestry jest przecież taka, że nie prześwietla się darczyńców i każdy może wpłacić, Bagsik i Pershing też (no, Pershing już nie, ale to inna sprawa). A z naszym sponsorem było tak, że człowiek zadeklarował pieniądze na konkretny cel medyczny, którego nie udało się zrealizować. Wtedy on powiedział podczas rozmowy telefonicznej: "Słyszałem u pana w radiu, że ma pan taka ideę zrobienia koncertu. Sam bym ją chętnie zrealizował, ale nie jestem w stanie, bo zajmuję się innymi rzeczami, więc w takim razie mogę pomóc".

- A tak w ogóle zastanawialiśmy się, czy podołamy organizacyjnie. Przecież wtedy w Polsce nie było przenośnych toalet. Co z zapleczem hotelowym? Skąd wziąć scenę? I co z warunkami mieszkaniowymi dla ekipy? Dodam, że były fatalne, najgorsze w historii festiwalu. Wynajęliśmy brudne przyczepy na kołach i całe oplakatowaliśmy, żeby jakoś wyglądały, ale te plakaty nawet jako takiej wygody nie mogły zapewnić.

Scenę ściągnąłeś aż z Ukrainy.

- Bo w Polsce takiej nie było. Była na Ukrainie, złożona z rusztowań z budowy, jeszcze czuło się cement. Z szefową tej firmy, taka bardzo przystojna Ukrainka, dobrze się gadało. Scena nie miała żadnych atestów ani - co gorsza - pozwolenia na przekroczenie granicy. To największa trudność. Zadzwoniłem więc do jakiegoś pułkownika z Wojsk Ochrony Pogranicza. "Dzień dobry, mówi Jurek Owsiak". "Ten Jurek Owsiak?! Naprawdę? Witam serdecznie. Fajna akcja z tą orkiestrą". "Dzięki. Mam prośbę - będą jechały trucki ze sceną, puśćcie je bez kolejki, bo mamy koncert, dobrze?".

Scena była droga?

- Nie. Już nie pamiętam, ile płaciliśmy za wynajęcie, pamiętam, że płaciliśmy w dolarach. Gotówka, z ręki do ręki. Dla nich to był dobry biznes. Pamiętam też, że jechali od siebie non stop, ciągnąc scenę uazami, i że - deszcz nie deszcz - stawiali ja na czas. Przez parę lat korzystaliśmy z tej sceny. Po bokach powiesiliśmy płótna, które przywieźliśmy z Ameryki, jako dekory.

- Dobrze dogadywaliście się tylko z szefową?

- Nie tylko. I nie na sucho. Któregoś wieczora powiedzieli, że mają ukraiński koniak i w związku z tym proponują spotkanie. Propozycja została przyjęta. Kiedy zobaczyłem, jak niosą ze sobą materac, pomyślałem, że faktycznie - trzeba na czymś siedzieć. Ale oni usiedli na kocykach, a materac trzymali obok. "Dajcie kubeczki" - poprosili. No i zaczęli nalewać z... tego materaca. A materac po to, aby płyn przewieźć przez granicę. Bałem się, że będzie smakował albo pachniał gumą, ale nie, było OK. Ze sceną była jeszcze taka sprawa, że inspektor wymagał jakichś stosownych dokumentów. Nie mieliśmy, więc dawał nam - puszczając oko - dwa tygodnie na rozebranie. Czyli już po festiwalu (śmiech).

Wróćmy do miejscowych.

- Ludzie, mieszkańcy tych fatalnych, popegeerowskich bloków, byli w szoku. Wychodzili przed dom z pytaniem w oczach "co się tu, kurwa, dzieje?". Bywali agresywni, szukali zaczepki. Ich psy - pozbawione szczepień - nas gryzły. Do tego policja - z nowymi napisami na starym sprzęcie - działała na zasadzie "wszystko na nie". Mówili mi: "Jak przyjedzie banda łobuzów, nie będziemy się patyczkowali". Ale kiedy poprosiliśmy ich o interwencję, to nie mogliśmy się jej doczekać.

Chodzi o sławne, czy raczej niesławne, starcie z częścią publiki, czyli o falstart pierwszego Przystanku...

- Tak. Wieczorem w przeddzień festiwalu, kiedy puściliśmy na telebimach nasz film z amerykańskiego Woodstocku, grupa punków zaczęła się awanturować. Nagle słyszę rumor kamieni odbijających się od szkła. Policja gdzieś po bokach - atmosfera typu "zobaczymy, czy się nie wywalicie". Ale wszystkich tych najbardziej krwiożerczych wyciągnęła z tłumu nasza ochrona. Puny myślały o remake'u Jarocina, o pogo - a zobaczyły, że nie ma tu miejsca na ich muzykę.

- Ilu rozrabiało?

- Jeden, góra dwa procent. Ale Pokojowy Patrol zadziałał sprawnie - wyłowił ich, skuł kajdankami, przyczepił do rusztowań, w końcu oddał policji. Ale jak poszedłem do tych skutych, zaczęli przepraszać: "Jurek, no sorry, daj spokój, to pretensje nie do ciebie, ty fajny koleś jesteś". Ja: "To do kogo,

kurwa?! Kto robi ten festiwal?!". Policja przytrzymała ich dobę do wytrzeźwienia i wypuściła. Kiedy zakończył się pokaz filmowy, wyszedłem na scenę i powiedziałem: "Podczas projekcji doszło do bardzo niemiłego zachowania grupy ludzi. Jeżeli wam się ten festiwal nie podoba i nie chcecie tu być, to jedźcie do domu, a my jutro wszystko spakujemy". Tłum: "Prze - pra - szamy, prze - pra - szamy". Ja: "Moja żona została ranna. Jutro wychodzę na scenę z dzieckiem na ręku" - a Ewa miała wówczas cztery lata - "i nie wyobrażam sobie, że zrobicie krzywdę komukolwiek z nas. Jeżeli zobaczę coś agresywnego, zwijam interes". Na to słyszę "Sto lat, sto lat".

Ale miałeś chwile zwątpienia?

- Jasne. Następnego dnia nie chciało mi się ciągnąć tego wszystkiego. W ogóle nie chciało mi się wstać z łóżka. Leżałem i mówiłem sam do siebie: "W Polsce to nie wyjdzie. Taki festiwal, o jaki mi chodzi, to mrzonki. Do dupy!". W końcu przyszła moja żona: "Jurek, za dwie godziny zaczynamy, wstawaj". "No wiem, dobra...". A że żonę rzeczywiście musnął jakiś kamień, mówię do niej: "Obandażuj nogę". Wyszliśmy na scenę: "Witam was serdecznie". Zaczął Skankan i poszło. Ludzie zaczęli się świetnie bawić - również obrzucając błotem straż pożarną, która podjechała takim starym sikawko-wozem, ale to było sympatyczne. Zdarzały się już tylko naprawdę pojedyncze incydenty, z miejsca przez nas wygaszane. A generalnie nastąpiło jedno wielkie przyglądanie się - widownia artystom, artyści nam, my policji, lokalesi przyjezdnym cudakom, przyjezdni lokalesom. Aha, policja wydelegowała dwóch wywiadowców w szortach - wyglądali strasznie - którzy przez lornetkę patrzyli na wszystko ze sceny.

No to teraz trochę o tym, co działo się na samej scenie. Aż kłuje brak gwiazd... Z wyboru czy z konieczności?

- Byli IRA i Ankh, ale rzeczywiście nie szukałem gwiazd - szukałem muzyki, która mi się naprawdę podoba. A powiem ci na ucho, że ja zupełnie nie mam nosa do przebojów i przyszłych gwiazd. Wszystko odbyło się na tej zasadzie: "Znacie Skankana? Nie znacie. To poznacie. Znacie Gang Olsena? Słabo znacie. To poznacie lepiej. Znacie Urszulę? Znacie. To fajnie". Posługiwałem się tym kodem. Ludzie przyjechali, bo byli ciekawi i spragnieni.

Wynika z tego, że przyjechali do ciebie.

- W jakimś sensie tak, bo przez wiele lat rozpiskę kapel woodstockowicze poznawali dopiero na miejscu. Ale w innym sensie przyjeżdżali na happening. I bawili się świetnie. Po prostu zaakceptowali ideę tego festiwalu - mamy fajną muzę, ale spotykając się, tworzymy pewną społeczność.

Najbardziej znanym wykonawcą jest Urszula, ale... akurat nie wtedy. Zresztą ona generalnie jakby mało pasowała do tego obrazka...

- Ludzie świetnie przyjęli i jej przyszłe przeboje, i "Dmuchawce", i standardy typu "Wild Thing" czy "Konik na biegunach". Nawet mnie to dobre przyjęcie zaskoczyło.

A Żuki?

- To był symbol tego, że zaproszone kapele poprosiłem o zagranie jakiegoś coveru... Ale Żuki, mimo że kojarzą się z festynami i eventami, akurat wtedy przyjęto dobrze. Nie na zasadzie sztuki, tylko po prostu zabawy. Słabo przyjęto ich dopiero drugim razem, trzy lata później.

Przystanek to od początku nie tylko rock... Lubomski, Orkiestra Na Zdrowie, Pan Witek jest przecież z Atlantydy, a nie z Seatlle albo Liverpoolu.

- Orkiestra Kleyffa mi się podobała, chciałem sprawdzić, czy podobnie będzie z innymi. I było! Od pierwszego Woodstocku okazało się, że mam do czynienia z ludźmi wrażliwymi, fajnie reagującymi, jakby mówiącymi do mnie: "Fajnie, że nam zaufałeś". Generalnie - w tamtych czasach była mieszanka kapel, z której można było czerpać, wcale nie zamykając się na zespoły jarocińskie, na tuzów typu Armia.

Pan Witek z przebojem "Mój koń nie mieści mi się w dłoń"?...

- Na każdym Woodstocku staramy się mieć taka ciekawostkę. Pan Witek to artysta - bo skoro występuje na scenie, jest artystą - odjechany, który jednak ma charakter. Artysta z pogranicza fantazji. Gra na gitarze, w którą jest wbity gwóźdź, która specjalnie nie jest nastrojona, ale całość się składa na charakter i rozpoznawalność. Zawsze przyjmowano go z aplauzem. Występuje na Przystankach tak chętnie, że trzeba go stopować.

Przyznaj się, czy któryś z wykonawców cię rozczarował?

- Na każdym Przystanku był ktoś taki. Wtedy już przed Czymanowem wiedziałem, że Krewni i Znajomi Królika to nie jest zespół na ten festiwal. W tym przekonaniu ich występ mnie utwierdził. Do tego na pewno Green Grass - duże rozczarowanie. Grali klasycznie, za to zupełnie bez zadziora. W ogóle zespoły z kręgu bluesa mnie rozczarowywały. To nie jest moja muzyka.

Poza twoim faworytem Obstawa Prezydenta.

- No tak, przyznaję się do słabości do tego zespołu. Podobnej wesołej muzyczki i wcześniej, i później mi w Polsce brakowało. Ale wiem, że dla rockowców Obstawa była zespołem zbyt bluesowym, a dla bluesmanów zbyt rockowym.

Na jednym skrzydle festiwalu Urszula, na drugim Beckground, czyli... więźniowie. W jaki sposób do ciebie trafili?

- Do kaset, które wysyłali potencjalni uczestnicy, często dołączano bardzo wzruszające listy. I tak było w tym wypadku. Pisał pensjonariusz, że mają w wiezieniu zespół, chcieliby zagrać i już ustalili z wychowawcą, że w czasie Przystanku będą mogli dostać przepustkę. Potem wokalista przyjechał do fundacji ustalać szczegóły. Pierwsze zdziwienie - długie włosy, opaska, ślady na rękach po usuniętych operacyjnie tatuażach. Taki Indianin. Z rozmowy dowiedziałem się, że dostał najwyższy wymiar kary, czyli przestępstwo musiało też być najgroźniejsze. A teraz odsiaduje drugą połowę wyroku. Ta rozmowa zmieniła moje myślenie o ludziach odsiadujących wyroki za najpoważniejsze przestępstwa. Bo oni po latach się zmieniają - czyli wyrok wykonujemy na zupełnie innym człowieku niż ten, który popełnił przestępstwo.

- W Czymanowie następne zdziwienie - wokalista przyjechał kompletnie ostrzyżony. Za to z zespołem rzeczywiście złożonym z samych więźniów. Wszyscy wycofani. Dali mi w prezencie kurtkę więzienną. Wychowawca, który się nimi opiekował, zastrzegł, że nie mają prawa pić alkoholu. Zagrali... no, słabo. Zresztą zakwalifikowałem ich nie ze względu na muzykę, tylko żeby pokazać otwartość Przystanku Woodstock.

Przedstawiłeś tych muzyków publiczności?

- Jasne, zareagowała euforycznie. Ale o epilogu dowiedziałem się kilka miesięcy później, kiedy jeszcze raz spotkałem się z wokalistą. Powiedział mi, że perkusista tak bardzo poczuł wiatr we włosach, że już nie wrócił z przepustki.

Wykonawcy naprawdę grali "za michę", czy za sam zwrot kosztów, czyli za sto złotych?

- Naprawdę. Choć niektórzy marudzili. Jacek Kleyff marudził tak przez parę lat. "Dostosuj te stówę do aktualnych wydatków. Ja wydałem sto trzy złote. To więcej niz sto złotych". "Jacek, to jest tylko symbol". IRA ideę rozumiała, bośmy się przyjaźnili, Myslovitz dał się namówić... Potem zawsze były długie rozmowy i targowanie się z Acidami. A Maleńczuk od razu postawił sprawę jasno: "Gram tylko za kasę". Oczywiście uznaję jego prawo do takiego stanowiska i broń Boże nie ma między nami wrogości. Po prostu razem nie wpakowujemy się w konkretne miejsca.

Podczas tamtego festiwalu reżyser Marek Piwowarski kręcił sceny do "Autoportretu z kochanka".

- Marek zgłosił się do nas, kiedy usłyszał, że robimy festiwal. Przeczytaliśmy scenopis o jakimś zagubionym muzyku, który jest związany ze starszą od siebie kobietą... Zgodziliśmy się, ale wnieśliśmy ogromną ilość zastrzeżeń co nam nie pasuje, ze kamery będą krępować ludzi... Wiele scen zostało nakręconych po Woodstocku, ale kilka jeszcze podczas festiwalu. Zaczyna się od Sławka Wierzcholskiego grającego na organkach "Amazing Grace", jest nawet kawałek mojego speechu.

Film okropny, zupełny bełkot.

- Mnie też prawdę mówiąc nie leży, poza pierwszą sceną, kiedy po prostu jest pokazany Woodstock dobrze nakręcony filmowa kamera. Ale wiesz, bardzo trudno jest zagrać fikcyjnego muzyka...

Jak pożegnałeś się z sołtysem?

- To on się pożegnał ze mną. Przyszedł i powiedział: "No i kto mi kupi te bułeczki i paróweczki? Zostało w ch...j towaru". Odpowiedziałem: "No, nie kupili. Może ceny za duże, może cos innego, pojęcia nie mam... Wiem, że miało być gucio, ale nie było". "Nigdy, nigdy nie będę was tu widział". Potem jeszcze trochę powalczyliśmy o to miejsce, ale sołtys dotrzymał słowa.

Czego się nauczyłeś na pierwszym Przystanku?

- Przede wszystkim odpowiedzialności. Tego, że jak się mówi A, trzeba powiedzieć B i C. A także panowania nad emocjami. Tego, w którym momencie publiczność trzeba pochwalić, a w którym nawet ryzykownie zganić. Nauczyłem się, że inspicjentem musi być prawdziwy profesjonalista (którego w Czymanowie zabrakło). Że ludziom trzeba szybko podawać godziny odjazdu pociągów (już na miejscu znaleźliśmy drukarnie u takich młodych biznesmenów, niezwykle serdecznych, którzy wydrukowali nam rozkład jazdy po kosztach). Wiele się nauczyłem... W ogóle pierwszy festiwal był niezwykle ważny. Pokazał, na czym to wszystko polega. I albo ludzie są z nami, albo sorry. Od razu zobaczyli, że się rozprawiamy z tymi, którzy przeszkadzają.

Przystanek na początku nie miał dobrej prasy.

- Oj nie miał. "Głos Wybrzeża" napisał bardzo agresywny artykuł pod tytułem "Przystanek butelka". Wtedy pierwszy raz spotkałem się z tym, co to jest przesadzona, fałszywa informacja na swój temat. Czyli jeżeli na Przystanku były narkotyki, to wszędzie, jeżeli pijani - to wszyscy. Pojechaliśmy razem z dziećmi do redakcji w Gdańsku, ale nikogo nie zastaliśmy. Potem "Tygodnik Solidarność", bardzo prawicowy, jęknął takim złym słowem, wkładając mi w usta różne "skurwysyny", "ch...e" i takie inne. Na następny festiwal nawet wydrukowaliśmy koszulki cytujące te różne krytyczne gazety. Generalnie prasę dostaliśmy bardzo złą - w przeciwieństwie do opinii słuchaczy, którzy od razu utożsamili się z wyrazistością Przystanku. A nie przypuszczam, by istniała wielka korespondencja między organizatorami a uczestnikami Sopotu, Opola albo Open'era.

Skąd się wzięła ta zła prasa?

- Nie wiem czemu, ale na Przystanek przyjeżdżają nie "normalni" dziennikarze muzyczni, lecz ci, dla których pogo to przerażająca bijatyka, gdzie muszą być ofiary. Tacy dziennikarze interesują się zadymami, a nie kapelami. Wyolbrzymiali epizody, których w wielkim tłumie siłą rzeczy uniknąć się nie da.

Długi czas ja, człowiek przecież z tego środowiska, nie znałem osobiście ani jednego akredytowanego dziennikarza! Ale nie tylko o to chodzi. Na trzynasty Przystanek przyjechał ze swoimi studentami reżyser Piotr Łazarkiewicz, wielki przyjaciel Woodstocku. I okazało się, że studenci nakręcili film o podobnej wymowie, jaką prasę miał festiwal w połowie lat 90.! Czyli w człowieku jest zakodowane w sposób naturalny wyłapywanie w takim ogromnym tłumie czegoś niedobrego, szukanie osób, które załatwiają się obok toalety, które dają sobie w żyłę.

Po pierwszym Przystanku została pierwsza kaseta - "Czymanowo '95".

- Zaproponowałem Sony płytę z festiwalu, a najpierw - rozpoznawczo - kasetę. Początkowo podobało mi się, że to profesjonalne, iż jest specjalny facet od takich projektów. Kapele się zgodziły, ale pewnego razu któraś przychodzi do mnie z pytaniem: "Dlaczego jest tak, ze prawa własności należą do Sony'ego?". Sprawdziłem i rzeczywiście - to było niezgodne z umową precyzującą, iż prawa własności są po naszej stronie. Dla mnie szok, ponieważ wydawało mi się naiwnie, ze stanowimy rock'n'rollową rodzinę. Tymczasem biznes wziął górę. Nie chcieli skończyć sprawy polubownie, podczas spotkania powiedzieli agresywnie: "No bo to są nasze prawa", więc podałem ich do sądu. Oni agresywnie, to i ja agresywnie... Sprawa się toczyła, ślimaczyła, przeciągała - dlatego w końcu miałem dosyć i się wycofałem.

- A podałem do sądu, bo piekielnie mi zależało na czystości całego przedsięwzięcia, jako że muzycy mają skłonności do snucia spiskowej teorii dziejów. Bałem sią, że powiedzą: "Co, daliśmy ci prawa, a ty je od razu komuś sprzedałeś?". Gówniana opinia może się ciągnąć i zrobić ogromna szkodę...

Twoje główne wspomnienie z Przystanku w Czymanowie?

- Wielka, długa, gumowa, obrzydliwa, po prostu obsrana taśma ciągnięta pod sceną przez traktor, żeby przykryć kable. A potem podczas koncertu widzę, że punki zwijają osłonę i zaczynają grzebać w tych kablach, w tych woltach... Podchodzę do mikrofonu i mówię: "Zabije cię. Nie, nie ja - to was zabije". Odpuścili.

- Od razu wiedziałeś, że będziesz robił następny Przystanek?

- Mimo goryczy wynikających z zachowania punków, mimo sprzedaży wódy, mimo zatargów z lokalesami - tak. Bo kiedy to morze ludzi zaśpiewało "Sto lat", zrozumiałem, że zrobiliśmy fajny festiwal. Festiwal różniący się od Jarocina (gdzie ludzie byli ubrani ciężko, wręcz umundurowani w podobne kurtki,

spodnie, glany...) już choćby swobodnym, kolorowym, naprawdę indywidualnym strojem uczestników. Niemal taki festiwal, jaki chcieliśmy zrobić.

Dowiedz się więcej na temat: Przystanek Woodstock
Najlepsze tematy