Zeal & Ardor: Diabeł jest wporzo

Ktoś na forum internetowym rzucił mu wyzwanie i Manuel Gagneux, wszechstronny muzyk ze Szwajcarii, podniósł rękawicę - jak to nie da się połączyć negro spirituals z black metalem? Nie wiedział wtedy, że coś, co miało być jednorazowym eksperymentem, upamiętnionym półamatorskim albumem "Devil is Fine", stanie się jedną z największych sensacji ostatnich lat na metalowej scenie. Dzisiaj Zeal & Ardor to pełnoprawny zespół, który po raz drugi odwiedza nasz kraj, tym razem jako gość Metal Hammer Festival.

Zeal & Ardor już wkrótce na Metal Hammer Festival w Katowicach

Jarek Szubrycht, Interia: - Nie masz już dość odpowiadania ciągle na podobne pytania?

Reklama

Manuel Gagneux: - To mogłoby być nudne, gdyby nie fakt, że trudno mieć do ludzi pretensje o to, że chcą się czegoś dowiedzieć o mojej muzyce.

Spodziewałeś się takiego zamieszania?

- Nie, ani trochę. To była totalna niespodzianka. W najśmielszych snach nie przypuszczałem, że to się może tak potoczyć. Ale kiedy dziennikarka Kim Kelly, która współpracuje z Pitchforkiem i Noisey, wspomniała o nas na Twitterze, wiedziałem, że coś się święci. A kiedy już napisał o nas magazyn "Rolling Stone", pomyślałem sobie, że to dziwne, to chyba nie jest normalne. (śmiech) Od tego się zaczęło.

Nie byłeś też przygotowany na to, że Zeal & Ardor będzie musiał przekształcić się w zespół z krwi i kości, i ruszyć w trasę.

- Kolejne wielkie zaskoczenie. Planowałem po prostu wrzucić moje nagrania do sieci, żeby paru znajomych mogło posłuchać. Kiedy zaczęły spływać pierwsze propozycje koncertów, byłem przerażony. Nie wiedziałem, czy tę moją muzykę w ogóle da się zagrać na żywo i z kim miałbym to zrobić. Na szczęście przyjaźnię się z naprawdę dobrymi muzykami i oni przyszli mi z pomocą.

Co to za ludzie?

- Przyjaciele, naprawdę. Poznaliśmy się na długo przed narodzinami Zeal & Ardor. Otoczyć się ludźmi, których lubię i którym ufam - to było dla mnie bardzo ważne. Wiesz, Bazylea nie jest dużym miastem, a już muzyków grających rocka i okolice jest naprawdę niewielu, więc wszyscy znają wszystkich. Już nawet nie pamiętam, jak się poznaliśmy, pewnie upiliśmy się razem na jakiejś imprezie i zaczęliśmy rozmawiać. (śmiech) Jeden z kolegów jest aktorem, wyciągnąłem go z teatru, bo zdarzało mi się pisać muzykę do spektakli.

I co im powiedziałeś? Cześć, przypadkowo założyłem zespół metalowy, który równie przypadkowo odniósł sukces - pomożecie?

- Tak, poprosiłem ich o pomoc. Zapytałem, czy mogliby zagrać ze mną cztery koncerty. (śmiech) Na początku miał to być tylko festiwal Roadburn, występ w Londynie, w klubie Underworld i jeszcze jakieś dwie sztuki. Ale lista rosła i rosła, trasa się przeciągała i zaczęliśmy sobie zdawać sprawę z tego, że stajemy się zespołem. Nie wiedzieliśmy, z czym to się wiąże, ale postanowiliśmy wytrwać.

No wiesz, bardzo pod górkę nie mieliście. Większość zespołów musi całe lata pracować na to, by dostać zaproszenie na taki festiwal jak Roadburn.

- Sam się nie mogę nadziwić. Walter, szef Roadburn, bardzo szybko zwrócił uwagę na naszą płytę, bo to facet, który ciągle szuka dziwnej, oryginalnej muzyki. Ale masz rację, jest mnóstwo znakomitych zespołów, które harują latami, ale nie dostają takiego zaproszenia, więc zdaję sobie sprawę z tego, że mamy z Zeal & Ardor szczęście. Dużo szczęścia.

Ale żeby nie było tak różowo, trzeba przyznać, że nie wszystkich zachwycił oryginalny koncept łączenia spirituals z black metalem.

- To prawda, nie wszyscy nas lubią. Na koncertach ich nie spotykamy, pewnie mają lepsze rzeczy do roboty, ale w internecie są aktywni. Słyszałem krytyczne głosy ze strony blackmetalowych purystów, odezwało się też paru rasistów, ale na szczęście większości z tych, którym nie podoba się nasza muzyka, nie chce się o tym pisać.

Są jeszcze ci, którzy może polubiliby Zeal & Ardor, ale nie wiedzą, czy ty tak naprawdę. Czy ty w ogóle lubisz metal?

- (śmiech) Naprawdę? To bardzo dziwne, że ktoś uzależnia słuchanie mojej muzyki od dowodów na to, czy naprawdę interesuję się metalem, ale w porządku, niniejszym deklaruję, że tak, słucham metalu. Lubię Burzum i Darkthrone, ale też rzeczy bardziej melodyjne, jak Naglfar czy Wintersun. Niestety, inspiracje to jedno, ale muszę przyznać, że brzmienie "Devil is Fine" pozostawia wiele do życzenia. Jest na tej płycie kilka gównianych fragmentów. (śmiech) Wiesz, nie jestem najlepszym producentem i nie wszystko udało mi się ogarnąć. 

Wygrał oryginalny pomysł. Zastanawiam się jednak, czy nie jest to pomysł jednorazowy, czy Zeal & Ardor utrzyma zainteresowanie publiczności bez tego efektu zaskoczenia?

- Nie wiem. Mogę cię jednak zapewnić, że jeśli kiedykolwiek poczuję, że za bardzo się staram, że robię to na siłę - dam sobie spokój. Kiedy dojdę do wniosku, że nie jestem już w stanie wymyślić w tej muzyce niczego nowego, albo że mnie to nie bawi - zespół przestanie istnieć. Chcę eksperymentować i jestem przekonany, że mam jeszcze w ramach Zeal & Ardor coś do powiedzenia.

Skąd to przekonanie? Masz już nowe piosenki?

- Musiałem je mieć, zanim ruszyliśmy w trasę. "Devil is Fine" trwa niewiele ponad 20 minut, a musieliśmy przygotować godzinne sety, więc nie tylko mamy sporo nowego materiału, ale w dodatku zdążyliśmy już nieźle go sobie ograć. W styczniu planujemy wejść do studia. Tym razem do prawdziwego studia, pod opieką świetnego producenta. To Zebo Adam, facet z Austrii, który specjalizuje się w nagrywaniu dziwnej muzyki.

Chciałbym jeszcze zapytać o Birdmask...

- O cholera. (śmiech)

To twój projekt, w którym wykonujesz muzykę alternatywną i który wydawał się przedsięwzięciem znacznie bardziej poważnym niż Zeal & Ardor. A jednak, póki co, nie odniósł sukcesu. Jak myślisz dlaczego?

- Ludzie wyczuwają, kiedy za bardzo ci zależy. Takiej muzyce brakuje swobody. Zeal & Ardor powstał, bo dobrze się bawiłem eksperymentując z tą muzyką, nie myślałem o publiczności, tylko o tym, co mi się podoba, więc paradoksalnie wszystko tu jest bardziej prawdziwe. Ale nie pogrzebałem jeszcze Birdmask, wciąż komponuję nowe utwory, może przyjdzie jego czas.

Póki co musisz się zmierzyć z oczekiwaniami, jakie narosły wokół Zeal & Ardor.

- Najlepsze, co mogę z tymi oczekiwaniami zrobić, to je zignorować. Docierają do mnie, ale nie mogę na nie reagować, jeśli chcę robić coś naprawdę interesującego. Gdybym zrobił to, czego ludzie ode mnie oczekują, na pewno byliby strasznie zawiedzeni. (śmiech) Być może odniosę kompletną porażkę, ale muszę próbować.

Wspominałeś wcześniej, że przed pierwszymi koncertami Zeal & Ardor byłeś kompletnie przerażony. Już ci przeszło? Na scenie jesteś w swoim żywiole? Pytam, bo lada dzień pojawisz się na Metal Hammer Festival w katowickim Spodku, a to naprawdę duża scena.

- Chyba zawsze najlepiej czuł się będę podczas samotnej pracy w studiu nagraniowym, ale nauczyłem się czerpać przyjemność z grania na żywo. Nauczyłem się też komunikacji z publicznością. Ale wiesz... dobrze być przerażonym. Myślę, że koncert, przed którym nie będę odczuwał tremy, będzie koncertem, na którym nie będzie mi zależało, a więc będzie to zły koncert.

Dowiedz się więcej na temat: Zeal & Ardor
Najlepsze tematy