Kraków Live Festival 2017

Kraków Live Festival 2017: Deszcze niespokojne potargały... wianki (relacja, zdjęcia)

Sobota na Kraków Live Festivalu upłynęła (sic!) pod znakiem obfitej ulewy i kolorowych wianków. Te drugie trafiły na głowy dziewczyn, którym przyświecał tego dnia jeden cel: koncert głównej gwiazdy, czyli Lany Del Rey. Kto jeszcze zaprezentował się polskiej publiczności?

Lana Del Rey ma w Polsce duże grono wiernych fanów

"Wiecie, jak długo czekałam, żeby tu wrócić?" - to pytanie usłyszeli na przywitanie fani Lany Del Rey, która właściwie bez większego problemu wywiązała się z roli głównej gwiazdy drugiego dnia Kraków Live Festivalu. Czekała zresztą nie tylko ona. Mimo zniechęcającej pogody, pod sceną zjawiła się bodaj najliczniejsza publiczność podczas tej edycji festiwalu.

Reklama

Mało tego, w Polsce Lana Del Rey może poszczycić się mocno zaangażowaną i zdyscyplinowaną grupą fanów. Wokalistka nie szczędziła im zresztą komplementów, co chwilę podkreślając ich wyjątkowość.  

Gwiazda po raz kolejny pokazała, że na koncercie razem z uczestnikami potrafi stworzyć niesamowity klimat, w którym maksymalnie skraca dystans do ludzi. Tak było i tym razem. Już po kilku utworach wokalistka zeszła ze sceny i urządziła sobie spacer wśród publiczności, ochoczo pozując do selfie z fanami, rozmawiając i przytulając kolejne osoby. Co odważniejsi postanowili skraść swojej idolce całusa, a ta wcale nie miała im tego za złe, uśmiechała się tylko serdecznie.

Patrząc na jej zachowanie, nasuwa się myśl, że charyzma artysty działa lepiej niż zastępy tancerzy, szalone choreografie, wyszukane stroje, pirotechniczne akcenty czy deszcze kolorowego confetti. Jak widać, Lana tego nie potrzebuje, by na jej punkcie oszalały tłumy.

Nie oznacza to oczywiście, że Amerykanka nie dba o stronę wizualną występu. Spójnie ze swoją stylistyką i inspiracjami, z których czerpie, na czas jej koncertu scena zamienia się w koncertową salę w hollywoodzkim stylu, z wielkim neonem "del Rey" nad jej głową.

Wokalistka, która miesiąc wcześniej wydała swój najnowszy album "Lust for Life", nie kryła, że jeszcze niepewnie czuje się w obliczu prezentowania publiczności świeżych utworów. Z właściwym sobie urokiem wyrażała głośne nadzieje, że "nie spieprzy tego wykonania". W przygotowanym przez nią repertuarze znalazły się takie piosenki jak "Cherry" czy "White Mustang", ale nie mogło zabraknąć również największych przebojów Lany, czyli starszych "Born To Die", "Summertime Sadness" czy "Video Games". W trakcie tego ostatniego tłum pod sceną rozbłysnął tysiącem światełek, co było oczywiście przyszykowaną przez fanów niespodzianką.

"Brak mi słów, by opisać, jak ważne jest dla mnie to miejsce" - mówiła Lana ze wzruszeniem, dziękując Polakom za ponowne ciepłe przyjęcie. Gwiazda dodała jeszcze, że z pewnością wróci do naszego kraju, a z publicznością pożegnała się utworem "Off to the Races", na koniec którego znów zbiegła na dół i powtórnie spełniła marzenie czekających tam na spotkanie z nią fanów. 

"To nie są popierdółki, to są imprezowe automaty" - te popularne w sieci słowa PsychoStacha z Wielkiego Joł chyba najlepiej opisują Wiza Khalifę oraz jego kolegów i współpracowników zrzeszonych w Taylor Gang. Tym razem popularny raper stanął przed nie lada wyzwaniem, gdyż jego przeciwnikiem były wspomniane już fatalne warunki pogodowe. Zimny wiatr i deszcz nie wydają się być zjawiskami, które zbytnio zachęcają do zabawy, jednak pamiętajmy, że w tym przypadku do walki z nimi stanął człowiek mający za sobą setki melanży.

Koncert zaczął się od standardowego w ostatnim czasie open’era, czyli utworu "Bake Sale", nagranego zresztą z Travisem Scottem, który dzień wcześniej wsadził publiczność na prawdziwy rollercoaster emocji. Wiz nie zapewnił aż takich wrażeń, jak jego młodszy kolega, jednak na nudę jego fani raczej nie mogli narzekać. I nie mówię tutaj tylko o zejściu rapera do fanów i wykonaniu wspólnie z nimi jednego z kawałków.

Khalifa bezproblemowo rozbujał spory tłum, co chwilę serwując mu kolejne hity ze swoich pokaźnych zasobów. "Work Hard Play Hard", "Taylor Gang", "We Dem Boyz", czy wreszcie "Black And Yellow", “Young, Wild & Free" i "See You Again" sprawiały, że zgromadzeni pod sceną nie mogli liczyć na chociażby chwilę wytchnienia. Nie można też zapomnieć o fragmencie "Smells Like Teen Spirit", który miał zachęcić do zabawy ostatnich opornych. I tak też było. Wraz z pojawieniem się charakterystycznego riffu, wszyscy poderwali się z miejsc, nawet ci, którzy koncert Khalify traktowali jako przerwę na festiwalu. Wiz więc swoje zadanie rozkręcenia ogromnej imprezy wypełnił całkiem dobrze, ba, wciąż było mu mało. Raper zmienił więc lokalizację i kolejnych imprezowiczów bawił na afterparty w klubie Prozak 2.0.

Nie do końca wiadomo, dlaczego Nick Murphy porzucił swój "wypracowany" pseudonim Chet Faker i rozpoczął wydawanie muzyki pod własnym imieniem i nazwiskiem, ale jeśli efektem ubocznym tej decyzji jest występowanie z pełnym zespołem, to nie mam zamiaru dociekać powodów. To bowiem element, którego podczas dawnych koncertów Murphy’ego bardzo brakowało. Australijczyk, który już jako Nick Murphy wydał EP-kę "Missing Link", nie odciął się od swojego dotychczasowego materiału, za to dość solidnie go przearanżował. Wybrzmiały więc takie kawałki jak "Gold", "1998" czy "Talk Is Cheap", ale i najnowsze, z których najbardziej symboliczny okazał się zagrany na koniec, mocno rozbudowany "Forget About Me".

Murphy'emu również przyszło mierzyć się z fatalnymi warunkami atmosferycznymi - jego występ przypadł na czas wielkiej ulewy. Być może z tym powiązane były początkowe problemy techniczne, przez które wokal australijskiego piosenkarza był słabo słyszalny. Pogodą Nick Murphy zdawał się jednak zbytnio nie przejmować - dawał z siebie dużo, jakby chciał wynagrodzić publiczności ten dokuczliwy deszcz. 

Na nieco mniejsze tłumy, co zapewne spowodowane było godziną koncertu, liczyć mógł Pezet, który do Krakowa przyjechał z bandem oraz swoim bratem Małolatem. Starszy z braci Kaplińskich obecnie jest, mimo wszystkich jego zasług dla hip hopu w Polsce, koncertową niewiadomą. Problemy zdrowotne (zmuszały go już do odwoływania tras), chwilowa niechęć do rapu, a nawet przebąkiwanie o zakończeniu kariery mogły zasiać sporo niepewności w sercach fanów. 

Niesłusznie, bo Pezet mimo całego bagażu doświadczeń wciąż pozostaje raperem o ogromnej charyzmie i umiejętnościach, co udowodnił podczas KLF. Utwory takie jak "Zaalarmuj", "Gdyby miało nie być jutra", czy też "Slang 2", to koncertowe petardy, które w najbliższym czasie raczej się nie przeterminują.  

Jeżeli dodamy do tego sprawnie współpracujący z nim zespół oraz wciąż zaliczającego progres Małolata, chciałoby się rzec, że nic tylko czekać na start nowej trasy. Na to się jednak nie zanosi, a jedynym pocieszeniem będzie nowy materiał braci, którego termin wydania jest również bardzo mglisty.

Swojego zaskoczenia nie krył Ralph Kaminski, który zobaczył przed sobą gęsto wypełniony publicznością namiot. Sam zresztą nazwał sytuację absurdalną, wyjawiając, że przez wiele lat marzył, by znaleźć się na scenie dużych festiwali, ale nie sądził, że te marzenia kiedyś w końcu się spełnią.

Zeszłoroczny debiutant do Krakowa przywiózł materiał ze swojej pierwszej płyty "Morze", ale i coś jeszcze. Chcąc zaznaczyć swoją obecność w byłej stolicy Polski, wraz ze swoim nieocenionym My Best Band In The World, przygotował specjalną wersję utworu "Kraków", który kiedyś Marek Grechuta wykonywał z grupą Myslovitz.

Ralph umiejętnie stopniuje koncertowe napięcie - daje publiczności chwile wytchnienia przy spokojnych, pełnych melancholii kawałkach jak "Grudniowa piosenka" czy zaśpiewane z Agą Bigaj "I znów", by zaraz potem roztańczyć i rozśpiewać publikę przy takich utworach jak "Zawsze", "Meybick Song" czy zagrane na koniec "Lights". 

Drugiego dnia Kraków Live Festival 2017 wystąpili także: Holak, Xxanaxx i Rejjie Snow

Zrelacjonowali Justyna Grochal i Daniel Kiełbasa

Najlepsze tematy