Kraków Live Festival 2015

Kraków Live Festival 2015: Bo liczy się charyzma, proszę Pana! (relacja z drugiego dnia)

Drugi dzień krakowskiego festiwalu potwierdził, że najlepsze występy na żywo nieodłącznie powiązane są z charyzmatycznymi artystami. Swoją energią w piątkowego wieczoru zarażał nie tylko Kendrick Lamar.

Wszystko tego dnia rozpoczęło się od koncertu stałych bywalców na festiwalach, czyli zespołu Bokka. Pół godziny później na Scenie Głównej swój koncert rozpoczynał natomiast zespół Rasmentalism. Skład koncertowy powiększył się z tej okazji o trzyosobową sekcję dętą (trąbka, saksofon, puzon). Odrobinę bardziej rozbudowane instrumentarium ożywiło, tak bardzo bogate, podkłady Mentosa. Po tak przygotowanych i przećwiczonych aranżach płynnie skakał Ras, który był w tak dobrej formie, że zarapował niektóre gościnne zwrotki lepiej od oryginalnych wykonawców. Jedną, tą z utworu "Gdzie jest M?", zostawił natomiast swojemu producentowi. Ment XXL po jej bezbłędnym wykonaniu postanowił wskoczyć w tłum.

Reklama

W repertuarze dominowały numery z dwóch płyt - "Za Młodzi Na Heroda" oraz "Wyszli coś zjeść" - chociaż znalazło się miejsce i dla nieco starszych epizodów z kariery Rasa i Menta. Formacja swój niezły koncert dała dla całkiem sporej publiczności. To zwiastowało, że drugi dzień frekwencyjnie będzie dużo lepszy od poprzedniego.

Po rapowym początku, na zlokalizowanej obok Kraków Stage swój koncert rozpoczął projekt Georgia, który przez organizatorów został obwołany jeszcze przed startem festiwalu jego objawieniem. Ja jednak byłbym na razie ostrożny z takimi stwierdzeniami. Georgia zaprezentowała się poprawnie, ale nie było w tym występie nic co mogłoby zostać w pamięci na dłużej.

Równie średni koncert dał zespół Wild Beasts. Wszystko niby wyglądało poprawnie. Muzycznie panowie dawali z siebie wszystko, do tego świetnie brzmiał głęboki głos wokalisty. Jednak w całym tym graniu brakowało jakieś iskry.

Zobacz fragment koncertu Wild Beasts:

Energii nie zabrakło natomiast "duńskiej dziewicy", czyli (dziewica w wolnym tłumaczeniu). Wokalistka bez wątpienia wie jak rozruszać publiczność. Proste, elektroniczne kompozycje od razu poderwały do tańca każdego pod namiotem Kraków Stage. Arsenał przebojów Dunki mógł nieco rozleniwić gwiazdę, jednak ta w żaden sposób nie zamierzała "odrobić pańszczyzny". Ogromna ruchliwość na scenie i ciągła interakcja z fanami sprawiła, że był to jeden z lepszych koncertów tego dnia. Oczywiście nie najlepszy. Ten dopiero miał przyjść o godzinie 21:30.

Zobacz fragment koncertu MØ:

W czasie gdy wokalistka kończyła swój występ, na głównej scenie startowali już muzycy z TV On The Radio. Koncert dużo spokojniejszy od tego co działo się przed chwilą na show ekspresyjnej Dunki, mógł rozczarować (osobiście odczuwałem pewien niedosyt).

Końcówkę koncertu amerykańskiej formacji trzeba było opuścić, gdyż w planach była krótka rozmowa z Rasmentalismem. Warunki nie były naszym sojusznikiem, jednak ostatecznie w bardzo luźnej atmosferze Ras i Ment odpowiedzieli na kilka pytań. Oprócz wątku koncertu, zapytaliśmy artystów o typowe rzeczy związane z Krakowem, czyli maczety i gołębie, a także o plany na przyszłość (solowa płyta Rasa oraz współpraca Menta z VNM-em, potencjalna płyta nagrana z orkiestrą).

Zobacz rozmowę z Rasmentalism:

Ostatnim koncertem na Kraków Stage na tej edycji festiwalu był występ grupy Future Islands. Ci znający grupę wcześniej, m.in. z występu u Lettmana, który stał się hitem sieci, na pewno czekali na popisy lidera formacji - Samuela Herringa. No i trzeba przyznać, że raczej się nie zawiedli. Muzyka FI nie powala oryginalnością, jednak w trakcie koncertów na żywo jest ona idealnym tłem dla tańczącego wokalisty. Ten ze swoją choreografią (ruchy biodrami, skoki po scenie, a nawet próba tańczenia własnej wersji kozaka) mógłby bez problemu otrzymać wysokie stanowisko w Ministerstwie Dziwnych Kroków. Całość idealnie się zazębiała, dzięki czemu Amerykanie skutecznie obronili honor indie rockowych zespołów drugiego dnia.

Future Islands zaprezentowali się naprawdę dobrze, ale król imprezy mógł być tylko jeden. Kendrick Lamar już pierwszymi kompozycjami z płyty "good kid, m.A.A.d city" pokazał, że potrafi bez większego wysiłku porywać tłumy. Raper po piorunującym początku zwolnił tempo dopiero przy okazji numeru "Bitch, Don’t Kill My Vibe". Środek koncertu był przeplatanką prawdziwych wymiataczy, w których świetnie prezentował się live band Kendricka, z typowymi "pościelówami", dającymi chwilę na odsapnięcie publiczności.

Ta natomiast zaprezentowała się znakomicie. W porównaniu do koncertu Drake’a na Open’erze (skala popularności obu raperów jest bardzo podobna), na który nastolatki głównie przyszły się polansować, w Krakowie mieliśmy w pełni zaangażowany tłum, bawiący się do ostatniego numeru.

Jeżeli ktoś się poczuł w pewnym momencie znużony, to bardzo możliwe, że Kendrick obudził go końcowymi kompozycjami. Seria "King Kunta", "Alright" oraz bisowe "Compton" zadowoliły niewątpliwie nawet najwybredniejszych słuchaczy.

Wrzawę fanów docenił Kendrick, stwierdzając, że od teraz będzie odwiedzał Polskę regularnie. Wypada trzymać go za słowo i mieć nadzieję, że to nie zwykła kokieteria. Na takie koncerty jak ten amerykańskiego rapera można z przyjemnością uczęszczać każdego miesiąca w roku.

Zobacz zdjęcia z drugiego dnia Kraków Live Festival 2015:

Najlepsze tematy