The Beatles: "45 lat temu zwodowano żółtą łódź podwodną!"

Piękne, jak nam się dzisiaj jawią, lata 60. ubiegłego wieku, pozostawiły po sobie sporo, do dziś funkcjonujących symboli. Poza nazwiskami i nazwami gwiazd oraz zespołów, za takie można uznać: Dzieci Kwiaty; Rewolucję Seksualną; hippisowskie festiwale, komuny i odloty; LSD oraz "trawkę", a także psychodelię i... Żółtą łódź podwodną.

Ta ostatnia najpierw na mniejszą skalę zafunkcjonowała za sprawą piosenki pomieszczonej przez Beatlesów na ich zapowiadającym przyszłą nieśmiertelność albumie "Revolver", a potem, już na mega skalę, dzięki filmowi, który opowiedział historię jej załogi. Acha, i od razu jeszcze jedno, żółty U-Boot, tym się wyróżniał pomiędzy innymi, zazwyczaj szaroniebieskimi, że zamiast zniewolenia i śmierci, przynosił wolność oraz życie. I to zarówno tym, którzy w nim podróżowali, jak i tym, do których po wielu przygodach dotarli. Ujmując to na sposób poetycki, owo pływające (a nawet czasem latające) ustrojstwo, było czymś co dawało większe możliwości, niż trójkołowiec czy Ford Mustang. Nimi bowiem można było tylko próbować ucieczki ("Easy Rider", "Znikający Punkt"), co zazwyczaj kończyło się uwolnieniem jedynie duszy, bo ciało bywało na najróżniejsze sposoby unicestwiane, natomiast ono gwarantowało osiągnięcie Nirvany wszystkim i wszędzie. A było to możliwe, bowiem ów pojazd w razie potrzeby "był" jednocześnie nie tylko zapalniczką, butem, pięścią boksera, szwadronem kawalerii, maszyną czasu i Bóg wie czym tam jeszcze, ale także urządzeniem pomagającym (jak narkotyki) wyrwać imaginację poza nawet najśmielej nakreślone (na trzeźwo) granice wyobraźni. Trzeba tu jeszcze dodać, że żółta funkcjonowała w świecie równie kolorowym i migocącym, jak ten który (oczywiście podobno) można było zobaczyć po LSD. Natomiast, główni wrogowie wielobarwnego istnienia dobra i radości, czyli bezlitośni, fanatyczni, faszystowscy oraz paskudni Sinolce, jak sama ich nazwa wskazuje, byli na różne sposoby sino-niebiescy, a ich otoczenie sino-szare. Brrrrrry!

Reklama

Teraz bardziej do rzeczy (bo ktoś może pomyśleć, że dotąd pisałem nieźle naćpany!). "Yellow Submarine", to trzeci film Beatlesów, mimo że tak naprawdę jest prawie całkowicie pozbawiony ich cielesnej obecności. Pozbawiony, bo przez 99% czasu jaki poświęca się na jego obejrzenie, mamy do czynienia z ich plastycznymi emanacjami, natomiast oni sami pojawiają się zaledwie na minutkę, i to tuż przed końcem. Ale, żeby od razu ukrócić spekulacje, czy w takim razie należy go uznać za prawdziwy obraz Chłopców z Liverpoolu, napiszę że mimo iż początkowo niemal się od niego odżegnywali, to jednak z czasem go w pełni zaakceptowali, bowiem poza faktem, że są słyszalni gdy prawie bez przerwy grają i śpiewają, to także pokazano ich z pełnym humoru dystansem i w pasującym im pop-artowym sztafażu.

Po laniu, jakie dostali od krytyki, za w sumie nieudany (poza warstwą muzyczną) telewizyjny projekt "Magical Mystery Tour", Beatlesi nie mieli już ochoty na kolejny mariaż z kinem. Woleli spokój, jaki dawała im praca w Abbey Road. W związku z tym, aby wywiązać się z zawartego wcześniej kontraktu na trzy filmy dla United Artists, zgodzili się, żeby tym trzecim (po "A Hard Day's Night" i "Help!") była... pełnometrażowa animacja wykorzystująca ich wizerunki i muzykę! Gdy po pewnych przepychankach uzgodniono, że prace nad obrazem mogą wreszcie ruszyć, pierwszym krokiem było wybranie utworów, które miały się w nim pojawić. A nie było to wcale proste, bo chodziło o to, aby na bazie ich tekstów, stworzyć zwartą i logiczną fabułę, z której scenarzyści mieli później przygotować profesjonalny scenariusz. Tym podstawowym zadaniem zajął się Lee Minoff, który napisał sympatyczno-dramatyczną historię w duchu tak dziś modnego fantasy, a potem wraz z Alem Brodaxem, Jackiem Mendelsohnem i Erichem Segalem zaadoptował ją na potrzeby rodzącego się projektu. Troszkę później powstały dialogi, które były przepełnione najróżniejszych aluzjami (też polityczno-historycznymi) i żartami, w stylu tych, z których słynęli już wtedy George, John, Paul i Ringo. W pisaniu owych kwestii bardzo pomógł angielski dramaturg, pisarz i poeta - Roger McGough.

Gdy rodziły się scenariusz i dialogi, inni specjaliści pod wodzą pełniącego rolę dyrektora artystycznego, Heinz Edelmann oraz pomagających mu dyrektorów od spraw animacji, Boba Balsera i Jacka Stokesa, zajęli się tworzeniem portretów głównych oraz pobocznych bohaterów i, co okazało się niezwykle ważne, warstwą plastyczną filmowej rzeczywistości. Tu, ponieważ nie jestem profesjonalnym znawcą dwudziestowiecznego rysunku i malarstwa, trochę po laicku napiszę, że zrobiono coś absolutnie nowatorskiego, bowiem zamiast w estetyce Disney'owskiej, wykreowano świat i postacie w myśl zasad rządzących bardzo modnym wówczas pop-artem (był bardzo bliski temu, w którym swoje "jaja" robili, moi ukochani szaleńcy z Cyrku Monty Pytona). Ach, i jeszcze najistotniejsze, nad trwającą 11-miesięcy pracą 200 osób, bardzo sprawnie czuwał reżyser całości - Kanadyjczyk George Dunning.

Skoro aż tyle miejsca poświeciłem, tym którzy zwodowali "Żółtą łódź podwodną", to wypada, choćby tylko bardzo pobieżnie zarysować, o co tak naprawdę w niej chodzi. A zatem... Gdzieś daleko, daleko, daleko, była sobie szczęśliwa i kolorowa kraina zwana Pepperlandem. Sporą jej atrakcją była występująca w niej stale grupa czterech, nieco już podstarzałych (a może tylko mocno zarośniętych) muzyków, używająca nazwy - Zespół Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza. W pewnym momencie, na tę mlekiem, miodem i muzyką płynącą krainę, nagle napadły hordy Sinolców, czyli kreatur nienawidzących wszystkiego tego, co piękne oraz harmonijne. Najeźdźcy nad najechanymi mieli wielką przewagę, bo używali nie tylko artylerii, strzelających z butów klownów i wielogłowych psów, ale także swej najstraszniejszej broni - odrzutowej rękawicy, która na rozkaz rozwalała oraz rozgniatała wszystkich i wszystko. To właśnie dzięki niej agresorzy w kilka chwil pozbawili życia i kolorów niemal cały Pieprzoland. I gdy odbarwili (zniszczyli) go już niemal z kretesem, jego burmistrz, w ostatniej chwili, wysłał na poszukiwanie pomocy swojego zaufanego przyjaciela - Młodego (Starego) Freda. To właśnie on, płynąc Żółtym submarino, po długiej podróży dotarł do Liverpoolu, a tu odnalazł wielki budynek zamieszkany przez czterech młodzieńców: znudzonego Ringa, filozofującego George'a, odlatującego Johna i cieszącego się życiem Paula. Ci, po wysłuchaniu relacji Freda, zgodzili się wyruszyć do jego ginącej ojczyzny. Tym samym zaczęła się ich psychodeliczna podróż przez Morze Czasu, Nauki, Potworów, Niczego (Pustki) i Dziur. I to właśnie przez to ostatnie przedostali się do okupowanego Pepperlandu. Tu, po odzyskaniu trzymanych pod kluczem instrumentów Zespołu Sierżanta Pieprza, i po wielkiej bitwie, pokonali sinych faszystów. Stało się tak, bo ci, bojąc się muzyki, gdy tylko ją słyszeli uciekali gdzie pieprz nie rośnie. A gdy któryś nie zdążył, to... cały porastał kwiatami! Tym sposobem do Pieprznego kraju wróciły kolory, radość, szczęście i miłość. No a gdy było już "po wszystkim", na ekranach kin pojawiali się prawdziwi (nie rysunkowi) Beatlesi, którzy najpierw zabawnie komentowali kilka scen z filmu, a potem śpiewali nagraną specjalnie dla niego wyliczankę - "All Together Now" / "Teraz wszyscy razem" / "Jetzt alle zusammen"... (ów wers, pojawia się wówczas w napisach w najróżniejszych językach świata).

Skoro już dopłynęliśmy do tego, co najważniejsze, czyli do piosenek, to pora aby i im poświęcić słów kilka. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że mimo iż film kręcono w okresie gdy Beatlesi myślami byli już przy repertuarze na "Biały Album", to do ścieżki dźwiękowej wybrano utwory, które powstały nieco wcześniej, czyli mniej więcej w środku szóstej dekady. Stąd przeważają perły z ich złotego okresu. Słyszymy zatem: piosenkę tytułową (co raczej nie jest niespodzianką); "Eleanor Rigby" (wstrząsający tekst o samotności starych ludzi!); "When I'm Sixty-Four" (urocza podróż w czasie); "Only A Northern Song"; "Nowhere Man"; "Lucy In The Sky With Diamonds" (psychodeliczny zawrót głowy), "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", "All You Need Is Love", "Hey Bulldog" (jeden z dwóch utworów przygotowanych specjalnie dla filmu); "It's All Too Much" oraz (już wspomniane, i też stworzone specjalnie dla filmu) "All Together Now". Do tego, w wielu momentach pojawiają się krótsze lub dłuższe fragmenty innych beatlesowskich klasyków oraz, co bardzo istotne, niezwykle piękna muzyka, którą skomponował i nagrał z orkiestrą symfoniczną stały producent oraz przyjaciel zespołu - George Martin. To dzięki jego pracy ścieżka dźwiękowa filmu sprawia bardziej wrażenie rozbudowanej suity niż klasycznego zestawu (jakim w zasadzie była) typu - "The Best Of...".

I jeszcze jedno. Otóż oglądając "Yellow Submarine" (co pewnie wielu, jak i mnie zaskoczy), tak naprawdę nie (!) słyszymy rozmawiających Beatlesów, lecz... głosów użyczających ich rysunkowym podobiznom aktorów! George'a "zagrał" Peter Batten, Johna - John Clive, Paula - Geoffrey Hughes, a Ringa - Paul Angelis. A co do dialogów, to bardzo ważne jest to, że w przeciwieństwie do innych ("Help!", "Magical Mystery Tour") wydanych na płytach DVD i Blue-ray obrazów The Beatles, "Żółta łódź podwodna" ma, na szczęście, polskie napisy!

PS.

Premiera "Yellow Submarine" odbyła się Wielkiej Brytanii 17 lipca 1968 r., a 17 stycznia 1969, na rynek trafiła płyta ze ścieżką dźwiękową filmu, co było o tyle ważne, że wreszcie można było posłuchać w domu (nie było przecież wtedy jeszcze magnetowidów, ani tym bardziej DVD) pochodzących z niej piosenek oraz kompozycji napisanych przez George'a Martina!

Poprzednie odcinki "Przewodnika rockowego"

Dowiedz się więcej na temat: beatles

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje