
Dzwon na katedrze wybił dokładnie 20.00, gdy po niezwykle zwariowanej podróży udało mi się w końcu (thx, Air France) dotrzeć do tego magicznego miejsca. Sting dał się wcześniej z pewnymi oporami namówić, by właśnie w Durham, miejscu znanym mu dobrze z czasów dzieciństwa, zagrać - wraz z grupą ok. 30 muzyków z całego świata - materiał z jego najnowszego albumu, na ponad miesiąc przed wydaniem.
Na widowni zasiadła dość specyficzna publiczność - nieduża grupa przyjaciół Stinga i jego muzyków, przedstawicieli lokalnej społeczności, grupka fanów (wyłonionych w drodze specjalnego konkursu) oraz kilku dziennikarzy z różnych stron świata. W sumie kilkadziesiąt osób, które tak naprawdę nie do końca wiedziały, czego się spodziewać w ciągu najbliższych dwóch godzin.
Najpierw krótki wstęp wygłosił reżyser całości, Jim Gable (odpowiedzialny był także za wcześniejsze solowe DVD Stinga ( "...All This Time", "Inside the Songs of Sacred Love" czy "Journey and The Labyrinth"). Po chwili, w miejscu położonym niemal dokładnie pod główną wieżą katedry, pojawił się brodaty obecnie Sting, ubrany w odpowiedni do miejsca i czasu frak, z pięknym, białym szalem owiniętym wokół szyi.
- To dla mnie powrót do domu - powiedział na samym wstępie, nawiązując do faktu, iż to jego rodzinna okolica, którą jednak dość rzadko odwiedza. Powitany został, co nie powinno dziwić, wręcz entuzjastycznie.
Dzień później w wywiadzie dla INTERIA.PL powiedział: - Ostatni raz byłem tutaj chyba 35 lat temu. Przychodziłem do tej katedry jako dziecko; nauczyciele zabierali nas tutaj na wycieczki, czy raczej pielgrzymki, ponieważ znajduje się tu grób patrona mojej szkoły, świętego Cuthberta z Durham.
Sting podczas tej samej rozmowy przyznał, iż on sam nie miałby śmiałości, by zagrać w tak niezwykłym miejscu o tysiącletniej tradycji, wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
- Był to pomysł osoby z wytwórni, który mnie zainspirował. Wybór katedry spełniał wszystkie warunki. Po pierwsze - to miejsce jest częścią kultury, z którą się utożsamiam. Jest bardzo stare, bardzo piękne - podczas koncertu ludzie dosłownie czuli energię, która przenika tę architekturę, czuli, że są częścią czegoś ogromnego, doniosłego - tak samo zresztą, jak ja.
Sam koncert wypełniony był mieszanką muzyki z różnych okresów historii - od średniowiecznych kołysanek poczynając, poprzez nastrojowe poematy, odświętne kolędy, poważne hymny, na własnych kompozycjach bohatera wieczoru kończąc. Wszystkie w ten czy inny sposób dotyczyły tematu przewodniego nowej płyty Stinga, "If On A Winter's Night...", czyli zimy.
Występ w katedrze w Durham to była swego rodzaju radosna celebracja muzyki, święto, które wszyscy - zarówno artyści, jak i słuchacze siedzący w nawie głównej katedry - obchodzili w niezwykły sposób. Stingowi, który podczas koncertu głównie śpiewał, udało się zebrać niebywały zespół ponad 25 muzyków z niemal całego świata (USA, Anglia, Szkocja, Francja, Maroko, Brazylia, Australia),, którzy - każdy inaczej - wnieśli do tej muzyki swoje niebywałe umiejętności i kulturę, w której się wychowywali.







~a little flower
Czysta magia
~Ania
jedno moge dodac tylko:: zazdroszcze autorowi feletonu...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »