Płyty, które rodziły się w wielkich bólach

Często bywa tak, że wielkie albumy powstawały w bólach. Artyści mierzący się z kryzysem twórczym, katastrofy osobiste, klęski żywiołowe, mocowanie się z techniką dawały (ale nie zawsze!) miejsce w historii muzyki.

Do sklepów właśnie trafia płyta "Jakby nie było jutra" grupy happysad. Pierwotnie materiał miał się ukazać na początku września, ale wówczas na zespół ze Skarżyska-Kamiennej zaczęły spadać istne klęski. Zniszczone dyski, popalone kable, uszkodzone urządzenia do nagrywania - to efekt zwarcia, do którego doszło w studiu producenta Marcina Borsa po ulewie.

Reklama

"Jestem po sześciu tygodniach maksymalnych testów wytrzymałościowych swojego organizmu. Sen i spokój ducha jest mi równie obcy jak wam widok zamówionej przez was płyty" - pisał producent do fanów happysad, tłumacząc opóźnienie premiery.

Z innego rodzaju kłopotami borykali się wcześniej także inni znani na całym świecie wykonawcy. Oto nasza lista płyt, które rodziły się w wielkich bólach:

Pink Floyd - "The Wall" (1979)

Arcydzieło w oparach kłótni - tak zatytułowaliśmy nasz tekst o "The Wall". Można się spierać, czy "Ściana" czy "The Dark Side of the Moon", ale to nie tylko jeden z najlepszych albumów Pink Floyd, ale także płyt w historii rocka. Podczas nagrań tego koncept-albumu mocno ścierały się artystyczne wizje dwóch liderów: Rogera Watersa i Davida Gilmoura. Górę wziął ten pierwszy, który był głównym autorem całości (Gilmour jest podpisany jako współautor trzech kompozycji).

Apodyktyczny Waters posunął się nawet do tego, że usunął z zespołu klawiszowca Ricka Wrighta (został zatrudniony ponownie podczas trasy koncertowej, ale jako... muzyk sesyjny). Śpiewający basista upokarzał współpracowników, przy okazji umniejszając ich zasługi. Pominięto udział pomagających zespołowi producenta Boba Ezrina, Michaela Kamena (orkiestracje) i Jamesa Guthriego, choć np. Ezrin był tym, który gasił w zespole pożary.

W pewnym momencie muzycy i ich współpracownicy pracowali osobno. Nick Mason samotnie nagrywał perkusyjne partie, Rick Wright w ogóle nie chciał się pojawiać w studiu, Bob Erzin unikał Watersa jak ognia, a Michael Kamen pracował w Nowym Jorku (Floydzi głównie we Francji).

"Wyobrażenie ludzi na temat tej płyty jest mniej więcej takie, że kilku wściekłych facetów wyciosało ją z litej skały. To nie do końca tak wyglądało" - mówił w "New York Times" Nick Mason.

"Większość materiału powstawała w całkiem cywilizowany sposób. Nasze odczucia były generalnie pozytywne. Wszystko posypało się później, już pod koniec sesji nagraniowych. To wtedy wybuchł konflikt, który przybrał szczególnie zażartą formę pomiędzy Rogerem i Rickiem" - przypominał po latach perkusista.

Efekt okazał się jednak wybitny - takie utwory jak "Comfortably Numb" (z najlepszą, według wielu, gitarową solówką wszech czasów), "Another Brick In The Wall, Part Two", "Mother" czy "Hey You" przełożyły się na 30 milionów sprzedanych egzemplarzy i pewne miejsce w historii rocka.


Michael Jackson - "Thriller" (1982)

Kolejny przykład chorobliwego wręcz perfekcjonizmu, który jednak przyniósł genialny skutek - w końcu "Thriller" to największy bestseller w historii (dobrze ponad 100 mln płyt). Prace Michaela Jacksona z producentem Quincy Jonesem ciągnęły się tygodniami. Król Popu chciał, by każda piosenka była prawdziwym "killerem". Ostatecznie na "Thriller" trafiło dziewięć utworów (z czego aż siedem zostało wydanych na singlach), choć Jackson i Jones pracowali nad ponad 30. Ale za to jakich! "Wanna Be Startin' Somethin'", "Baby Be Mine", "The Girl Is Mine" (z udziałem Paula McCartneya), tytułowy "Thriller", "Beat It" (solo na gitarze zagrał Eddie Van Halen z grupy Van Halen), "Billie Jean", "Human Nature", "P.Y.T. (Pretty Young Thing)" i "The Lady in My Life" - dobrze ponad połowa z tych piosenek to absolutne przeboje i kwintesencja muzyki popowej lat 80.

Przed nagraniem "Thrillera" Jackson czuł się wciąż mocno niedoceniany przez muzyczny show-biznes, w dużej mierze zdominowany przez białych. "Powiedziano mi, że czarni na okładkach magazynów nie podnoszą nakładu... Poczekajcie. Pewnego dnia te same magazyny będą mnie błagać na kolanach o wywiad" - tak rozżalony MJ wspominał odmowę "Rolling Stone'a" na zrobienie okładkowego materiału o nim w 1980 r. Dwa lata później miał muzyczny świat u swoich stóp.


Metallica - "St. Anger" (2003)

Po odejściu basisty Jasona Newsteda w 2001 roku i kłopotach Jamesa Hetfielda (wokal, gitara), które zaprowadziły go do kliniki odwykowej, nie było wcale pewne, czy Metallica jeszcze powróci. Wówczas menedżerowie zespołu zaproponowali muzykom terapię podobną do tej, jakiej poddają się pogrążone w kryzysie małżeństwa. Uzdrowienia Metalliki podjął się doświadczony psycholog Phil Towle. Ten proces został uwieczniony w dokumentalnym filmie "Some Kind of Monster". Okazało się wówczas, że mimo wielu lat spędzonych obok siebie na scenie, muzycy wcale nie znali się nawzajem.

"Jako jednostki musieliśmy odkryć to, że sami jesteśmy ważniejsi niż Metallica. Na przykład moja wartość jako człowieka nie zależała od Metalliki, bo ja stałem się dorosły, będąc w niej i to był jedyny świat, jaki znałem" - mówił James Hetfield.

Wyjaśnienie urazów i zakończenie terapii odwykowej przez Hetfielda poskutkowało albumem "St. Anger" różniącym się od dotychczasowej twórczości legendy thrash metalu. Mocno garażowe (i w sumie płaskie) brzmienie - za które odpowiadał Bob Rock, nagrywający także partie basu po odejściu Newsteda - miało oddawać towarzyszące muzykom emocje.

Choć krytycy i fani w momencie premiery przyjęli "St. Anger" dość ciepło (9/10 od "NME", 4/5 od "Rolling Stone", prawie 6 mln sprzedanych egzemplarzy), to sami muzycy chyba jednak nie pałają zachwytem do tej płyty. Utwory w zasadzie na dłużej nie zagrzały miejsca w koncertowej setliście.

Green Day - "Cigarettes and Valentines" (2003)

To płyta, która nigdy nie ujrzała światła dziennego. Jak do tego doszło? Pop-punkowcy z Green Day latem 2003 roku weszli do studia, by zarejestrować materiał na nowy album, roboczo zatytułowany "Cigarettes and Valentines" (zapowiadano powrót do punkrockowych korzeni). Po ukończeniu i nagraniu 20 utworów, zmasterowany materiał został skradziony ze studia! Muzycy mieli kopie zapasowe, jak sami jednak tłumaczyli, nie były to gotowe wersje, dlatego ostatecznie zarzucili pomysł z wydaniem "Cigarettes and Valentines".

Zamiast tego amerykańskie trio nagrało "polityczną punkrockową operę", kierując ostrze swojej wypowiedzi przeciwko prezydenturze George'a W. Busha. Płyta "American Idiot" dała grupie m.in. nagrodę Grammy i katapultowała ją na szczyty list przebojów. 12 mln sprzedanych egzemplarzy sprawiło, że mało kto pamiętał już o "Cigarettes and Valentines", choć pojawiły się też teorie spiskowe, że domniemana kradzież ze studia była sprytnym zabiegiem marketingowym mającym podsycić zainteresowanie "American Idiot".

The Beach Boys - "Smile" (2004)

Najsłynniejsza "zaginiona" płyta w historii muzyki popularnej ukazała się w 2004 roku (jako "Brian Wilson Presents Smile"), choć Brian Wilson prace nad nią rozpoczął jeszcze w... 1967 roku! Lider The Beach Boys nie wytrzymał ciśnienia związanego z sukcesem albumu "Pet Sounds" i jeszcze większą popularnością "Sgt. Pepper's Lonely Heart Club Band" wielkich rywali z drugiej strony Atlantyku - The Beatles.

To wówczas Wilson wpadł w depresję i paranoję. Muzyk zarzucił pracę nad opus magnum, którym miał być album "Smile". Wtedy to również osobiste problemy artysty, który odmówił koncertowania z The Beach Boys i koncentrował się jedynie na pracy studyjnej, zaczęły wymykać się spod kontroli. Kłótnie z muzykami, strach przed przemocą ze strony ojca, niezrozumienie przez środowisko muzyczne spowodowały, że Brian stał się odludkiem, a jego najlepszymi przyjaciółmi zostały kokaina i jedzenie (Wilson tygodniami nie wychodził z łóżka, a jego waga doszła do 150 kg).

Dowodem na chorobliwy perfekcjonizm Wilsona może być choćby utwór "Good Vibrations". Nagranie (ponad 90 godzin w czterech studiach) kosztowało w 1967 r. ponad 50 tysięcy dolarów, czyniąc go wówczas najdroższym singlem w historii muzyki. W 2004 r. ukazała się płyta "Brian Wilson Presents Smile", jednak - jak sam później przyznał Wilson - nie była to dokładnie taka sama wersja, jaką chciał nagrać w latach 60. Oryginalne nagrania "Smile" wydano w 2011 roku (jako "The Smile Sessions").


Guns N' Roses - "Chinese Democracy" (2008)

Prędzej w Chinach zapanuje demokracja, niż Axl Rose wypuści płytę "Chinese Democracy" - kpili niektórzy. Pogłoski o nowej płycie pod szyldem Guns N'Roses (z najsłynniejszego składu pozostał tylko niesforny wokalista) zaczęły pojawiać się w 1998 roku. Na premierę trzeba było poczekać kolejne 10 lat, bo Axl niezadowolony z efektów zmieniał studia, muzyków i współpracowników (na nagrania poszło ponad 13 mln dolarów, co dało płycie miano najdroższej w historii). Książeczka do płyty przypomina książkę telefoniczną, a przy niektórych utworach wymienionych jest kilkanaście nazwisk - od muzyków, po producentów, inżynierów dźwięku, speców od miksowania, asystentów i Bóg wie, kogo jeszcze.

Następca coverowego "Spaghetti Incident?" (1993) u wielu dawnych sympatyków wywołał jęk rozczarowania. Krytycy się podzielili - od zachwytów ("Rolling Stone" - 4/5) po miażdżące opinie ("Q" - 2/5), a Axl w swoim stylu zaczął obrażać wszystkich dookoła. Dostało się m.in. wytwórni, która ponoć niedostatecznie promowała wydawnictwo. Wynik ponad 260 tys. sprzedanych egzemplarzy w pierwszym tygodniu w USA należy uznać za przyzwoity, choć w przypadku Guns N'Roses był on poniżej oczekiwań. Axl pomału zaczyna przebąkiwać, że szykuje następcę "Chinese Democracy", ale wygląda na to, że mało kto mu jeszcze wierzy.


Edyta Bartosiewicz - "Renovatio" (2013)

Nasze zestawienie zamyka polski "rodzynek". "Renovatio" to pierwszy album Edyty Bartosiewicz wydany po "Wodospadach" z 1998 roku.

"Zamyka się za mną pewien etap, bardzo trudny, w moim życiu, nie tylko artystycznym, ale przede wszystkim jako człowieka. Gdyby nie to, że pracowałam nad sobą jako człowiekiem, pewnie nie mogłabym wydać tej płyty" - opowiadała Edyta w "Dzień Dobry TVN".

Podkłady muzyczne zostały zarejestrowane w studiu S-4 już w 2002 roku. Wokale dograno wiosną tego roku. Realizacją nagrań zajął się były mąż artystki - Leszek Kamiński. Zniknięcie Bartosiewicz (przerywane sporadycznymi występami i nagraniami z innymi wykonawcami - m.in. Krzysztof Krawczyk, Bracia) zdaniem niektórych były spowodowane m.in. depresją i innymi chorobami.

Sama wokalistka tłumaczyła, że straciła głos, przez co nie mogła śpiewać. Trafiła nawet do szpitala, ale lekarze nie potrafili jej pomóc. Tytuł powrotnej płyty dobrze oddaje stan ducha Bartosiewicz - "Renovatio" oznacza "odrodzenie". Efektem jest album, który sprawia wrażenie, jakby tych 15 lat przerwy nie było, a Edyta nie opuszczała sceny.

Zobacz teledysk "Italiano":

Dowiedz się więcej na temat: Bolo | Michael Jackson | Guns N'Roses | Metallica | Pink Floyd

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje