Koncertowe eldorado nad Wisłą

Gdyby ktoś chciał zobaczyć wszystkie tegoroczne koncerty zagranicznych gwiazd w Polsce, musiałby na ten cel wydać ponad cztery tysiące złotych. A mówimy tu tylko o największych gwiazdach i najtańszych biletach...

Beyonce, Lana del Rey, Eric Clapton, Sting, Green Day, Bon Jovi, Paul McCartney, Sinead O'Connor, Alicia Keys, Rihanna, Kings Of Leon, Nick Cave, Blur, Leonard Cohen, Depeche Mode, Deep Purple, Roger Waters, Florence And The Machine, Rod Stewart... - można wymieniać bez końca. Takiego lata, tak upstrzonego występami gwiazd, jeszcze w Polsce nie było.

Reklama

Zobacz, które koncerty polecają nasi redaktorzy!

Powiedzieć, że każdego tygodnia czeka nas ważny koncert, to nic nie powiedzieć! Na przykład 25 czerwca można posłuchać Portishead w Krakowie, Sigur Ros w Warszawie i Toto w Łodzi. Tego samego dnia!

I pomyśleć, że jeszcze dekadę temu byliśmy koncertowym zaściankiem...

Z całym szacunkiem dla Rybnika

Czasy, gdy w Polsce mieliśmy średnio jeden koncert wielkiej gwiazdy rocznie, zazwyczaj w Warszawie lub w Chorzowie na Stadionie Śląskim, to już zamierzchła przeszłość. Tak zamierzchła, że wręcz nierzeczywista, jak puste półki sklepowe udekorowane butelkami z octem. Dziś z powodu nasycenia koncertowego rynku już nawet występ Madonny przestał być wydarzeniem, a takie tuzy, jak Guns N' Roses czy Rod Stewart, występują na stadionie - z całym szacunkiem dla tego uroczego miasta - w Rybniku!

Infrastruktura, głupcze!

Znawcy koncertowej branży zgodnie podkreślają, że nie do przecenienia jest znaczący rozwój infrastruktury, jaki dokonał się w naszym kraju w ostatnich latach.

- To jeden z najważniejszych czynników - mówi Marta Wnuczyńska z Live Nation, największej agencji koncertowej na świecie.

- Bardzo poprawiły się warunki, w których słucha się muzyki na żywo - wtóruje Adam Czerwiński, dyrektor muzyczny RMF FM.

Mowa przede wszystkim o wyrastających jak grzyby po deszczu halach widowiskowych (kolejny nowoczesny obiekt buduje się w Krakowie) i stadionach na Euro, które teraz często służą jako areny koncertowe.

Bank rozbiła Łódź, która dzięki Atlas Arenie rocznie gości u siebie po kilkunastu, a w porywach i kilkudziesięciu artystów światowego formatu. Koncert Rogera Watersa w Łodzi (2011 r.) cieszył się takim powodzeniem, że dzień później dołożono jeszcze jeden, który również wypełnił halę po brzegi. A teraz były lider Pink Floyd wraca na kolejny występ. Tym razem na Stadion Narodowy.

Dlaczego wraca? Na pewno nasz rynek jest po prostu opłacalny i wciąż nienasycony. Artysta chce dwa miliony dolarów za występ, artysta je dostanie. Kiedyś, z różnych powodów, było to niemożliwe.

- Polska stała się miejscem, w którym gwiazdy światowej muzyki mogą zarobić tak samo jak gdziekolwiek indziej. Pod tym względem nie odstajemy w żaden sposób od największych państw. Gaże, które pobierają artyści za występy w naszym kraju, są porównywalne. Czasami zdarza się nawet, że przewyższają one stawki, które funkcjonują na rynkach w innych krajach - zdradza Jarosław Galewski z Prestige MJM.

Ale jest też jeszcze jeden aspekt. Tak, tak, proszę państwa, to "wspaniała polska publiczność".

Najlepsza publiczność świata

Zachwyty artystów po koncertach w Polsce to nie jest tylko kurtuazja.

Gdy Chris Martin z Coldplay, występując w naszym kraju po raz pierwszy (na Open'erze w Gdyni, w 2011 r.), zauważył, jak na muzykę Coldplay reagują tutejsi fani, nie mógł się nadziwić.

- Musimy zapytać naszego menedżera, dlaczego trzymał nas tak długo z dala od was. Brzmicie zjawiskowo - komplementował publiczność po tym, jak kilkanaście tysięcy gardeł wyśpiewało refren przeboju "The Scientist".

Frontman Coldplay przysięgał, że czym prędzej do nas wrócą. I wrócili. Zagrali - gdzieżby indziej - na Stadionie Narodowym, zostawiając po sobie wspomnienia z niezwykłego widowiska, którego polska publiczność była równorzędnym współtwórcą.

Również członkowie Linkin Park zachwycili się w 2012 r. nadwiślańskimi fanami.

- Mogę zacytować to, co powiedział nam menedżer zespołu: to był najlepszy koncert na naszej trasie, dziękujemy, jesteśmy zaskoczeni - relacjonował zadowolony Piotr Metz, dyrektor artystyczny Orange Warsaw Festival, w ramach którego zagrali wówczas Linkin Park.

- Nie jesteśmy już też postrzegani jako kraj gdzieś daleko, gdzie nie wiadomo, czego się spodziewać. Im więcej u nas koncertów, tym więcej wiedzą o nas na całym świecie. Duża w tym zasługa naszej publiczności, znanej z bardzo emocjonalnego i bliskiego kontaktu z artystami podczas koncertów. Opinia o polskiej publiczności to nie kurtuazja. Zbyt wielu artystów mówi o tym głośno, by w to nie wierzyć. Wystarczy popatrzeć na tę magię, która pojawia się na koncertach w Polsce. To jest z punktu widzenia promotora najwspanialsza chwila po miesiącach pracy - opowiada Marta Wnuczyńska.

- Polscy fani są dużo bardziej aktywni od przeciętnego uczestnika koncertów w Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemczech - ocenia Adam Czerwiński.

Żywiołowość rodzimej publiczności można tłumaczyć dwojako: wieloletnim "wyposzczeniem", które teraz właśnie odreagowujemy, albo narodowym temperamentem. To drugie wytłumaczenie sugerowałoby, że euforyczne zachowania mamy po prostu we krwi.

Tak czy tak, staliśmy się niemalże ziemią obiecaną dla artystów - nie dość, że zarobią, to jeszcze zostaną tu przyjęci po królewsku.

Bitwy

Intensywny, gwałtowny wręcz rozwój polskiego rynku koncertowego sprawia, że konkurencja jest zażarta jak nigdy wcześniej, a dominująca pozycja Live Nation czy Alter Artu już nie tak oczywista.

Gdy ceniony zagraniczny artysta ogłasza, że zamierza ruszyć w trasę, organizatorzy biją się między sobą, by to właśnie pod ich szyldem wystąpił w Polsce.

O koncert alternatywnego duetu The Knife walczyło aż czterech organizatorów. Ostatecznie The Knife usłyszymy we wrześniu na Selectorze.

Promotorzy walczą nie tylko stawkami - choć to jest oczywiście najistotniejsze - ale też udogodnieniami, jakie są w stanie zapewnić artyście, a także swoim doświadczeniem i renomą.

- Sprowadzenie danego artysty do Polski to często miesiące rozmów zanim dojdzie do podpisania kontraktu - opowiada Jarosław Galewski.

Oprócz promotorów biją się również miasta, dla których zorganizowanie koncertu jest nie tylko źródłem zarobku, ale przede wszystkim tworzeniem marki - kulturalnej i turystycznej.

- Miejsce koncertu musi zaakceptować sam artysta. To niesłychanie istotna kwestia. Miasta również rywalizują o to, które z nich będzie mogło gościć daną gwiazdę. Wiele koncertów jest organizowanych we współpracy z samorządami czy operatorami obiektów. Oni są przecież często współorganizatorami tych wydarzeń i partycypują w kosztach, a później w ewentualnych stratach lub zyskach - zauważa Galewski.

Tak nas widzą za granicą

O skuteczności konsekwentnego budowania marki niech świadczy fakt, że nasze imprezy od lat lądują w czołówce zestawień na najlepsze festiwale w Europie. Open'er w latach 2009-2010 został dwukrotnie wybrany najlepszym dużym festiwalem w Europie. W tym samym zestawieniu (European Festival Awards) Off Festival triumfował w 2012 roku (najlepszy festiwal średniej wielkości), a Festiwal Nowa Muzyka w 2010 roku wygrał kategorię najlepszy mały festiwal.

W 2009 roku Open'er polecany był przez "The Times". Gdyński gigant i katowicki Off mają już ugruntowaną pozycję w zestawieniach topowych festiwali, publikowanych w najbardziej opiniotwórczych mediach muzycznych.

Open'er bez trudu znaleźć można w rekomendacjach angielskiego czasopisma muzycznego "NME", a Off w tak prestiżowych portalach muzycznych, jak Pitchfork czy DiS (Drowned in Sound). Na nasze koncerty i festiwale z roku na rok przyjeżdża coraz więcej publiczności z zagranicy.

- To jest już około 20 procent wszystkich widzów - mówił nam Mikołaj Ziółkowski, szef Alter Artu, w 2011 roku.

Doskonałą promocją naszego kraju są też mniej masowe festiwale, jak choćby krakowskie Unsound Festival i Sacrum Profanum. Obydwa eksplorują nisze, ale dzięki temu stają się często głównym wydarzeniem na skalę światową w muzycznych obszarach, które reprezentują. Podczas zeszłorocznej edycji Unsound Festiwal trudno było wśród publiczności usłyszeć polski język. Do Krakowa zjechali fani niekomercyjnej elektroniki już nie tylko z Europy, ale z całego świata.

Kto, gdzie, kiedy - zobacz kalendarium tegorocznych koncertów!

Kogo jeszcze nie było?

Chętnie napisalibyśmy, że już wszystkie największe gwiazdy odwiedziły nasz kraj i się nim - obowiązkowo - zachwyciły, ale powstrzymuje nas przed tym kilka znaczących nazwisk.

Na przyjazd Davida Bowiego raczej nie możemy już liczyć i to bynajmniej nie dlatego, że artysta zniechęcił się do naszego kraju po odwołaniu w 1997 roku koncertu w Gdańsku z powodu - naprawdę trudno w to uwierzyć - nikłego zainteresowania występem. Artysta, pomimo wydania pierwszego od dekady albumu ("The Next Day"), nie zamierza bowiem wyruszać w trasę koncertową i ryzykować zdrowia po operacji serca.

Z największych reprezentantów "starej gwardii" wciąż w Polsce nie było legendarnego Neila Younga, który przecież regularnie odwiedza Europę i w tym roku ma zaplanowanych niemal 30 koncertów na Starym Kontynencie. Niestety, żaden z nich nie odbędzie się w naszym kraju.

Jednak najbardziej pożądanym artystą, który nie dotarł jeszcze do Polski, jest niewątpliwie amerykański raper Eminem. Popularność muzyki hiphopowej w naszym kraju jest więcej niż spora, mimo to Eminem - wciąż największe nazwisko w rapie - jeszcze nie zdołał do nas dotrzeć, choć nad Wisłą zagrali już m.in. Jay-Z, Kanye West, Snoop Dogg, 50 Cent, a w tym roku zobaczymy największą nową gwiazdę rapu - Kendricka Lamara.

A co z gwiazdami muzyki pop? Pierwsza do głowy przychodzi Britney Spears, która prawie już u nas wystąpiła. Zaplanowany koncert amerykańskiej piosenkarki został jednak odwołany. Powód? Niesatysfakcjonujące organizatora zainteresowanie biletami. Można być natomiast pewnym, że Justin Timberlake, gdyby tylko planował koncert w Polsce, nie miałby problemu z wyprzedaniem nie tylko sali koncertowej, ale nawet i stadionu.

Minusy dodatnie

Całe to zjawisko koncertowego szału ma dwa tylko minusy, które, przy odrobinie wysiłku umysłowego, można zaklasyfikować jako "minusy dodatnie" - parafrazując byłego prezydenta.

Pierwszy to potworny ból głowy, z jakim muszą zmagać się ci, którzy jeszcze do niedawna nie przepuszczali żadnego koncertu wielkiej gwiazdy w Polsce. Dziś jest to zadanie nie tylko kosztowne, ale przede wszystkim fizycznie niewykonalne. No, chyba że ktoś potrafi być jednocześnie w Krakowie, Warszawie i Łodzi. A następnie teleportować się do Gdańska.

Drugi minus to proces, którego trudno uniknąć. Tak łatwy, tak powszechny dostęp do gwiazd sprawia, że ich koncerty nie mają już tej aury wyjątkowości i wielkiego święta. Jest ich tak dużo, że przestają być wydarzeniami dnia. Już nie o każdym dużym koncercie usłyszymy w wieczornych serwisach informacyjnych, nie o każdym powiedzą w radiu. Dlatego tym goręcej zapraszamy tego lata na łamy serwisu Muzyka na stronach INTERIA.PL.

Michał Michalak

Współpraca: Artur Wróblewski, Filip Lenart

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama