Najnowsza płyta Gogol Bordello może nie uderza taką spontanicznością brzmień, jak ich pierwsze produkcje, za to dostarcza znacznie lepiej skondensowanego ładunku energii i emocji.
Wyobraźcie sobie hordę szalonych muzyków, grających wybuchową mieszankę punka, repertuaru cygańskiego oraz klimatów wschodniosłowiańskich. Wyobraźcie sobie jak wchodzą na scenę, rozdzierają koszule, skaczą w dzikim tańcu i śpiewają pełne rewolucyjnych treści piosenki. A jeśli wasza fantazja jest dzisiaj w odwodzie, to sprawdźcie sobie po prostu filmy z koncertów Gogol Bordello.
Ten zespół na scenie to żywy ogień. Ukraiński Cygan szaleje za mikrofonem, na skrzypcach gra Rosjanin, basem zarządza Etiopczyk, w bębny wali chłopak z Ekwadoru, gitarzysta wywodzi się z Izraela... W sumie dziewięć osób. I teraz spróbujcie przenieść ich do małego studia nagraniowego, zmuszając do uporządkowanej pracy nad albumem. Brzmi równie strasznie, co upychanie wszystkich polskich strongmanów w maluchu. Ale dotąd jakoś się udawało, grupa z powodzeniem nagrywała albumy i wydawała je w niezależnej oficynie. Brzmiały na tyle dobrze, by przyciągać uwagę publiczności z całego świata i zapewniać ekipie Eugene Hutza obecność na najważniejszych festiwalach.
2010 rok przyniósł odmianę, karawana zwana Gogol Bordello wjechała do karawanseraju pod nazwą Sony, a pieczę nad nowym albumem objął sam Rick Rubin. Ten facet nie tylko ma nazwisko, on za każdym razem udowadnia, że jest go godzien. Dzięki niemu energia drzemiąca w zespole została odpowiednio ukierunkowana. Instrumentalne bogactwo wreszcie można docenić. Nieprawda, że odrobina planowania i porządek zabiły to, co w tym bałaganie było najlepszego. Wręcz przeciwnie. "Transglobal Hustle" brzmi potężnie i oferuje jeszcze więcej etnicznych doznań, niż poprzednie krążki. Do wcześniejszych inspiracji doszły bowiem te latynoamerykańskie. Do tego, jak to zwykle w przypadku tej grupy bywa, wraz z dobrze przyswajalnymi dźwiękami przekazywane są treści głębsze, często poważne, czasem też podszyte melancholią.
Lider formacji, Eugene Hutz potrafi wbić szpilkę tam, gdzie najbardziej zaboli i uchwycić sedno sprawy w kilku zgrabnych wersach, jak w świetnym utworze "Break the Spell" : "Tylko dlatego, że pochodzę z cygańskiego obozu na wzgórzu/ wsadziliście mnie do szkoły dla umysłowo zaburzonych/ tylko dlatego, że nie chcę łykać waszych tabletek/ wszystkie moje drogi prowadzą do Bastylii/ Kochacie naszą muzykę, ale nienawidzicie wnętrza/ I wiem, że wciąż chcielibyście, żebym jechał w tylnej części autobusu".
Innym razem mówi o przemijaniu tak, jak potrafią to robić tylko ludzie Wschodu, dzięki czemu ballada "Sun Is On My Side" nie prezentuje się tandetnie, a lirycznie. Jakby tego było mało, w tych tekstach normą są aluzje do historycznych wydarzeń i literatury, choćby Kafki, i - co najważniejsze - brzmią naturalnie. To sprawia, że słuchanie albumu jest przyjemnością tak dla ciała, jak i ducha.
8/10







~MD
były tam niemiłosierne petardy, ale było też zaskakująco wiele numerów kiepskich po prostu.
Nato...
dodaj komentarz »wszystkie wątki »