The Doors: Widać nadciągającą śmierć Jima Morrisona

Jim Morrison (1943-1971) /Rex Features/Dezo Hoffmann /East News

Pod koniec kwietnia 1971 r. do sprzedaży trafiła płyta "L.A. Woman" grupy The Doors. Niespełna trzy miesiące później Jim Morrison już nie żył.

Reklama

Z płyty "L.A. Woman" pochodzą tak znane utwory The Doors, jak m.in. "Riders on the Storm", "Love Her Madly" i "L.A. Woman". Album po latach znalazł się na liście 500 najwspanialszych płyt wszech czasów przygotowanej przez "Rolling Stone".

"Na tym zdjęciu widać nadciągającą śmierć Jima" - mówił później Ray Manzarek o okładkowej fotografii wokalisty. "Jasnowidz z pewnością uznałby, że ten człowiek niedługo umrze. Czuje się na nim ogromny ciężar. Nie był już młodym poetą, którego znałem na plaży w Venice" - dodawał.

Reklama

Poniżej możecie przeczytać obszerny fragment książki "The Doors. Gdy ucichnie muzyka" autorstwa dziennikarza muzycznego Micka Walla, która ukazała się nakładem Wydawnictwa In Rock.

Rozdział 19 - Pusty hotel

Pod koniec roku 1970 Jim był w fatalnym stanie. Mieszkał w hotelu Chateau Marmont, gdzie dziesięć lat później aktor komediowy John Belushi miał umrzeć z przedawkowania. Na tym etapie był już tak bardzo uzależniony od kokainy, że przekazał uncję jednemu z przyjaciół, który miał mu wydzielać po gramie - inaczej Jim wciągnąłby wszystko za jednym zamachem. Trudno, by w tej sytuacji nie przerażała go perspektywa pobytu w więzieniu.

"To nie tak - mówi Jac. - Pod pewnymi względami nie dawał rady, fakt. Zbyt wiele od niego oczekiwano, a on nie chciał brać odpowiedzialności za spełnianie tych oczekiwań". To dlatego przeistoczył się w grubasa ze zmierzwioną brodą? "Tak, na pewno. Facet wrzucił na luz. Myślał, że jeśli nie będzie wyglądał tak, jak się ludzie tego po nim spodziewają, to przestaną na niego zwracać uwagę. Z początku mu się to podobało, naprawdę. Pamiętam... Gdy po raz pierwszy Jim wysiadł z limuzyny, Steve Harris zauważył, że wyglądał wtedy tak, jakby taką limuzyną jeździł od dziecka. Dobrze powiedziane. Zresztą to prawda. Świetnie się czuł w tej roli, aż w końcu sława zaczęła go męczyć, bo wiązała się z oczekiwaniami. Potem zaczął sprawdzać, ile jest w stanie wytrzymać".

A nie mógł wytrzymać wszystkiego. Pewnego poranka podczas procesu w Miami - kilka tygodni po powrocie z Isle Of Wight - powiedziano mu o śmierci Jimiego Hendriksa z przyczyn jak dotąd nieznanych. Jim nie musiał jednak czekać na wiadomości telewizyjne, żeby poznać te przyczyny. Przecież tam, na Isle Of Wight, stał z boku sceny, gdy Hendrix grając identyfikował się ze swoją muzyką w stopniu dla Jima niedostępnym. Potem, na początku października, już w Los Angeles dowiedział się o śmierci Janis Joplin, która zmarła z tych samych powodów. Za dużo chlania, za dużo ćpania. Za dużo, za dużo, za wcześnie, za wcześnie. Niech to szlag.

Jimi i Janis mieli 27 lat. Nieco wcześniej znaleziono w basenie martwego Briana Jonesa, basistę The Rolling Stones, który również zmarł w tym wieku. Po swoich dwudziestych siódmych urodzinach, czyli po 8 grudnia 1970 roku, Jim zaczął mówić na prawo i lewo: "Brian, Janis, Jimi? Pijesz właśnie z numerem czwartym". Jednak Vince Treanor i inni kompani od kieliszka słyszeli już takie teksty zbyt wiele razy, by zwracać na nie uwagę. "Jim wygadywał mnóstwo głupot - wspomina Treanor. - Nikt tego nie brał poważnie. Kiedy krowa sra plackami, nie słucha się jej muczenia. Ale powinniśmy go słuchać, to prawda...".

Gdy doświadczony scenarzysta Larry Marcus odwiedził Jima w Chateau i próbował przekonać go do filmu o gwieździe rocka, która wywołuje ogromny skandal podczas koncertu w londyńskiej Royal Albert Hall, naćpany Jim niemalże wyrzucił go za drzwi. Bał się przyszłości. I - jak oświadczył - nie chce mieć już nic wspólnego z rock'n'rollem. Mimo to Marcus, jako stary hollywoodzki wyga, nękał Jima kolejnymi pomysłami, aż w końcu jeden z nich się spodobał. Miał to być film "o człowieku, który chce zniknąć ze świata i stać się niczym" (jak to wyznał Marcus Jerry’emu Hopkinsowi). "Odnosiłem wrażenie, że ta metafora świetnie pasowała do tego, jak Morrison czuł się w tym czasie" - tłumaczył scenarzysta.

Danny Fields twierdzi, że depresja Jima była już trwała i niejako karmiła się samą sobą. Jeśli zaś chodzi o wybuchy złości i ogólną nieżyczliwość względem innych, to... "Trzeba pamiętać, że Jim przez dwa lata był panem świata. A potem przez to ciągłe picie zrobił się pucołowaty i po prostu tłusty. Nie wyglądał już dobrze i świetnie o tym wiedział. Wkurzał się, gdy pokazywano mu zdjęcia, na których wyglądał jak Adonis. Bo już tak nie wyglądał. Nie znosił tych zdjęć. I ogólnie nie znosił swojego życia".

Eve Babitz widziała wtedy Jima w Los Angeles na przyjęciu u Ahmeta Erteguna, szefa wytwórni Atlantic. Tego wieczoru - w listopadzie 1970 roku - człowiek po raz pierwszy stanął na księżycu. Jim zareagował fatalnie na "jakąś głupią opowieść Ahmeta o indyjskich karłach". "Zerwał się nagle i krzyknął: "Myślisz, że wygrasz, co? Nie, nie wygrasz. To my wygramy, my, artyści, a nie wy, kapitalistyczne świnie!" Zapadła głucha cisza, aż w końcu Eve rzekła głośno: "Przecież Ahmet też jest artystą, Jim!". Po czym wybiegła i zamknęła się w łazience. Jim poszedł tam za nią. "Wiesz, że cię zawsze kochałem" - powiedział. Później Jim wrócił do Ahmeta i przeprosił go za swój wyskok. "Ale było za późno. Temu grubasowi już tak łatwo nie wybaczano".

Po latach John Densmore w rozmowie ze mną mówił lirycznym tonem: "Chcieliśmy odnieść sukces, ale też mieliśmy przekaz do ludzi. Zamierzaliśmy powiedzieć coś nowego o czasach, w których żyjemy. Jeśli wymagało to wychodzenia poza utarte schematy, byliśmy na to gotowi, a nawet nas to ekscytowało. W pewnym sensie poszerzaliśmy zakres środków artystycznego przekazu". Miał jednak na myśli wcześniejszą epokę. Bruce Botnick komentował to tak: "John kochał muzykę i dobrze się czuł jako członek The Doors. Odpowiadał mu przekaz zespołu. Ale ten przekaz gdzieś się zagubił. Zmieniły się okoliczności i chodzenie na koncerty Doorsów przestało być tym, czym było wcześniej".

Z tą zmianą nie umiał już sobie radzić Paul Rothchild.

Listopad, studio Sunset Sound. Paul siedzi przy konsolecie, a zespół znajduje się w tym samym pomieszczeniu, gdzie nagrał dwa pierwsze rewelacyjne albumy. Nie ma tu jednak poczucia, że zatoczono pełny krąg i można znowu tworzyć dobrą muzykę. Paul jest zrozpaczony. Jim prawie nie rozmawia z kolegami. Nowe pomysły rodzą się wolno. Jest kilka amorficznych bluesów, które Paulowi się nie podobają, tym bardziej, że dostosowano je do przepitego głosu Jima, niemogącego już śpiewać jak dawniej. Jest też szkic zwany "L.A. Woman", kolejny rozkołysany blues, który w pierwszej wersji brzmi tak pretensjonalnie, że Rothchild prawie nie może go słuchać.

Sprawdź tekst "L.A. Woman" w serwisie Teksciory.pl

Jest kilka prostych akordów na pianinie elektrycznym z efekciarskimi wstawkami Robby’ego. To stara kiczowata historyjka o kowboju mającym wizję pędzących po niebie podkutych czerwonookich krów. Potępieni kowboje "próbują okiełznać diabelskie stado na bezkresnym niebie". Utwór ten był znany od lat jako "Ghost Riders In The Sky", a muzycy półżartem przemianowali go na "Riders On The Storm". Dla Paula był to jednak niestrawny "cocktail jazz". Doorsi mieli też kilka demówek, do których sami nie byli przekonani, np. akustyczny numer "Hyacinth House", brzmiący jak odrzut z sesji grupy Crosby, Stills, Nash & Young, czy kawałek "Latin America", powstały z myślą o soundtracku do filmu Antonioniego "Zabriskie Point", odrzucony jednak przez reżysera na rzecz kompozycji Pink Floyd i Grateful Dead.

W pewnym momencie Rothchild zatrzymał taśmę i oświadczył: "Wiecie co? Nie mogę już dłużej. To nie wychodzi. Ta muzyka jest... straszna. Sami wyprodukujcie tę płytę. Ja nie dam rady". "Zagraliśmy mu parę rzeczy, które wyraźnie go znudziły - wspominał później Ray Manzarek. - Graliśmy kiepsko, bez przekonania, bez energii. Źle się czuliśmy w Sunset, a Paul nie umiał tchnąć w nas życia. W tamtej chwili po prostu miał rację".

Sprawdź tekst "Riders On The Storm" w serwisie Teksciory.pl

Po latach Bruce Botnick ujawnia najważniejszy powód, który skłonił Paula Rothchilda do wycofania się z tej sesji. Otóż producent zakończył właśnie prace nad ostatnim albumem Janis Joplin, "Pearl", i był zdruzgotany jej śmiercią. Wokalistka zmarła przed nagraniem ostatniego wokalu do utworu, który ukazał się później jako numer instrumentalny "Buried Alive In The Blues". I nie chodziło tylko o przyjaźń z Janis, ponieważ podczas pracy nad tą płytą producent i wokalistka zostali kochankami.

Bruce: "Podczas nagrywania 'Pearl' Paul zakochał się w Janis. Był naprawdę głęboko w niej zakochany, fizycznie i emocjonalnie. Działy się tam duże rzeczy. A kiedy ona zmarła, Paul strasznie to przeżył i po prostu nie miał siły na ratowanie Doorsów. Może gdyby był nadal podkręcony nagrywaniem 'Pearl', może gdyby Janis wciąż żyła... Mam cudne zdjęcie tej pary. Obejmują się, uśmiechają. Rzucił wtedy najlepszy tekst, jaki może wyjść z ust producenta. Gdy uświadomił sobie, że jest w niej zakochany, powiedział: 'Janis, nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham, i pragnę tylko jednego: być z tobą. Ale w ten sposób nie dokończymy płyty, więc musimy nagrać to, jak się pieprzymy'. Piękny tekst! I rzeczywiście to zrobili. Nagrali, jak się pieprzą ze sobą. Gdy płyta była prawie gotowa i Janis zmarła, facet był zupełnie rozwalony. Trudno się dziwić, że w tej sytuacji nie umiał zaangażować się w pracę z Doorsami".

"Na dodatek - ciągnie Bruce - kiedy Paul zjawiał się na próbie, Jim był jakby nieobecny duchem. Jakby nic go nie interesowało. Nie umiał się zaangażować. Paul uznał wtedy, że najlepiej zabrać ich od razu do studia i sprawdzić, co tam się wydarzy. Przekonałem go, by skorzystał znowu ze studia Sunset Sound, gdzie nagraliśmy dwa pierwsze albumy. No i zainstalowaliśmy się właśnie tam. Kiedy chłopcy zaczęli grać 'Riders On The Storm', po kilku minutach Paul chwycił się za głowę i powiedział: 'Nie mogę już dłużej. To dla mnie za trudne. Nie dam rady'". Następnie zwrócił się do Bruce'a: "Ty to z nimi nagraj. Wiesz, jak to się robi".

Potem wszyscy wybrali się na wspólną kolację, by omówić sprawę. "Poszliśmy do chińskiej restauracji Moo-Ling, która znajdowała się przy tej samej ulicy. Paul przedstawił swoje stanowisko. Jego zdaniem muzycy nie mieli w sobie ani siły, ani chęci do pracy. Później wróciliśmy do Sunset Sound. Chłopcy pytali: 'Co dalej?'. Pomyślałem sobie: 'Cholera, może rzeczywiście nagramy to sami?'. Spytałem ich, gdzie czuliby się najlepiej. 'W naszej sali prób'. Ja na to: 'Super. Przetransportuję tam sprzęt i zabieramy się do roboty'. I tak właśnie się stało. Prosta sprawa".

Po latach również Jac Holzman mówi coś, czego wcześniej nie wyjawił: "W głębi ducha cieszyłem się z rezygnacji Paula Rothchilda. Sam bym go nie zwolnił, ale... W sumie nie wiem, co bym zrobił. Tak czy inaczej, po jego odejściu Doorsi byli wolni. Dałem im pełną swobodę. Nagrali już sześć płyt pod okiem takiego mistrza jak Paul, który zresztą ciągle doskonalił swoje umiejętności i sam potrzebował czegoś nowego. Nagrał wtedy 'Pearl' z Janis Joplin i zakochał się w niej ze wzajemnością. Tworzyliby razem ciekawy związek. A muzycznie był gotowy na nowe wyzwania".

Do pracy nad płytą, którą opatrzono tytułem "L.A. Woman", zatrudniono jeszcze basistę Elvisa Presleya, Jerry'ego Scheffa, oraz gitarzystę rytmicznego Leona Russella, Marka Benno. Sesja przebiegła bardzo sprawnie i po tygodniu materiał był gotowy. Później John Densmore określał tę płytę jako "pierwszy album punkowy", choćby ze względu na pomyłki muzyków. Z pewnością czegoś takiego nie wyprodukowałby Paul Rothchild.

Bruce ustawił swój przenośny magnetofon ośmiościeżkowy na biurku w gabinecie Billa Siddonsa na pierwszym piętrze biura Elektry. Nad głową miał specjalny mikrofon do interkomowej komunikacji z zespołem, który grał w suterynie. Wspomina tę sesję jak najbardziej sympatyczną od czasu, gdy nagrywano "Strange Days". "Było nas tylko pięciu plus dodatkowy basista i dodatkowy gitarzysta. Nie toczyły się żadne spory. Chłopcy grali, ja nagrywałem, potem oni przychodzili na górę, żeby przesłuchać taśmę. Rejestrowaliśmy jedno-dwa podejścia, a później oni tego słuchali, mówili: "Gramy jeszcze raz", schodzili na dół i grali jeszcze raz. Super. Świetnie, chłopcy. Próbujmy dalej i skończymy ten numer dziś albo jutro. Skończymy! To było wspaniałe doświadczenie".

Nawet John Densmore bawił się dobrze. "Używałem tego samego zestawu perkusyjnego, co przy pierwszej płycie - mówił później w wywiadzie dla magazynu "Classic Rock". - To było jak powrót do przysłowiowego garażu w Venice, gdzieśmy zaczynali. Powiedziałem Rayowi, że chcę odtworzyć klimat, jaki Milesowi Davisowi udało się uzyskać na "Live At Carnegie Hall". Co prawda trafiały się tam pomyłki, ale liczyła się pasja".

Sprawdź tekst "Love Her Madly" w serwisie Teksciory.pl

W gotowych nagraniach z pewnością słychać pasję i spontaniczność - nareszcie. Bruce: "Pamiętam, jak Ray zajrzał do notesu Jima, zobaczył tekst 'Texas Radio' i rzucił: 'No, z tym możemy coś zrobić od razu'. Omówili to w czwórkę. Potem Jim wyszedł na kilka godzin i w tym czasie chłopcy wymyślili muzykę, zaaranżowali ją i nagrali. Jim wrócił i dograł wokal. Gotowe. W sumie pięć czy sześć godzin. Coś z niczego. Byli w tym bardzo dobrzy, bo mieli w sobie jeszcze tę iskrę... Dobrze to wspominam".

Jerry Scheff: "Nadal widzę Jima przy mikrofonie. Wyglądał ciężko w tych swoich 'anonimowych' ciuchach. Jego twarz kryła się pod włosami i brodą. Nie chciał już się zajmować muzyką. Nie chciał być w centrum uwagi... Chyba żaden ze znanych mi wokalistów nie krył tak bardzo swojego ego. Był prawie niewidzialny. I stoicko spokojny, jakby nic go nie obchodziło. Z kolei Ray świetnie wiedział, kim jest i do czego dąży pod względem muzycznym. Nie odgrywał szefa. Dobrze się z nim pracowało. Podobnie z Robbym. Za to John był pasywno-agresywny, co okazywał nie nawiązując ze mną prawie żadnego kontaktu. Nasza komunikacja sprowadzała się do 'cześć' i 'na razie'.

Mark Benno: "Oni byli wtedy u szczytu możliwości. Jim kojarzył mi się z oszalałym gorylem. Pewnego dnia przerwał sesję i zabrał mnie na lunch. Zamówił ogony wołowe, które popijał Jackiem Danielsem prosto z butelki. Po powrocie do studia powiedział Robby’emu, by zademonstrował mi jedną zagrywkę. Wykorzystaliśmy ją w utworze 'L.A. Woman'. Poza tym było to jedno wielkie jam session. Wymyślaliśmy wszystko na bieżąco. Wystarczyło kilka podejść. Nie spotykaliśmy się z nikim spoza naszego grona, staraliśmy się, by nic nas nie rozpraszało. I staraliśmy się ożywić Jima, co zresztą mu odpowiadało".

Podczas gdy Rothchild narzekał na głos Jima, Botnick słyszał w nim dojrzałość. "Kiedy Sinatrze zmienił się głos, Jim dużo o tym mówił, bo uwielbiał Sinatrę. Zauważył też zmianę we własnym głosie. A ta zmiana wynikała z tego, że stał się mężczyzną, doświadczonym mężczyzną. W głosie Jima słyszało się wówczas zarówno to, co było w nim od samego początku, jak i starego, zmęczonego człowieka. W końcu w ciągu trzech lat przeżył więcej niż większość ludzi przez trzydzieści".

Zdaniem Bruce’a Jim ciągle mówił, że po zakończeniu pracy nad płytą pojedzie do Paryża. Stąd poczucie, że mógł to być ostatni album The Doors. "Wiedzieliśmy, że to możliwe, ale nie spodziewaliśmy się tego, co w końcu się wydarzyło".

Dowiedz się więcej na temat: Jim Morrison | The Doors

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje