"Syd Barrett & Pink Floyd. Mroczny świat". Fragment biografii założyciela Pink Floyd

Pink Floyd w 1967 roku: od lewej Roger Waters, Nick Mason, Syd Barrett i Rick Wright /Keystone / Hulton Archive /Getty Images

Kiedy Syd Barrett założył Pink Floyd, był studentem akademii sztuk pięknych. Po sławę sięgnął jeszcze przed 20. urodzinami, gdy wraz z Rogerem Watersem, Nickiem Masonem i Rickiem Wrightem występował na scenie kultowego londyńskiego klubu UFO. Jego błyskotliwe teksty i tworzona pod wpływem narkotyków muzyka stały się stemplem rodzącego się ruchu psychodelicznego. Na stronach Interii możecie przeczytać fragment biografii zmarłego w 2006 roku pierwszego lidera Pink Floyd.

Reklama

"Syd Barrett & Pink Floyd. Mroczny świat" to efekt 10 lat pracy Juliana Palaciosa. W książce znalazły się liczne wypowiedzi czołowych postaci londyńskiej bohemy oraz kolegów Syda z zespołu. Wszyscy oni szczerze opowiadają o tragicznej przemianie swego przyjaciela - niezwykłego człowieka, który podbijając nowe tereny artystycznej ekspresji, przegrał walkę z wewnętrznymi demonami.

Przypomnijmy, że Syd Barrett zmarł 7 lipca 2006 roku w wieku 60 lat. W składzie Pink Floyd występował w latach 1965-68, nagrywając pierwszą płytę "The Piper At The Gates Of Dawn" (1967), uznawaną za jedną z najwybitniejszych dokonań rocka psychodelicznego. Z zespołem rozstał się w trakcie nagrywania drugiego albumu "A Saucerful of Secrets" (1968).

Reklama

---

Syd Barrett pozostał chodliwym towarem. Odmawiał kontaktu z menedżerami, wydawcami i prawnikami. Każda oferta lub próba wykorzystania go spotykały się z porażającą ciszą. Jednak cisza ta nakręcała atmosferę. Fani na próżno czekali na swojego Dudziarza. Zawsze istniała nadzieja, że wróci do muzyki. Porównywano go do Briana Wilsona, którego z niewielkim skutkiem starano się przywrócić muzyce w latach 70. i 80. Ogłaszano "powrót geniusza z Beach Boys", zaś borykający się z myślami samobójczymi Wilson cierpiał na depresję i był w kiepskim stanie. Peter Green z Fleetwood Mac i Roky Erickson z The 13th Floor Elevators w kolejnych dekadach dochodzili do siebie po załamaniach, wydając nierówne płyty, charakteryzujące się jednak przebłyskami dawnego geniuszu. Ich życie naznaczone było długimi okresami braku aktywności, chorobami psychicznymi i licznymi problemami zdrowotnymi.

Wyjście z narkotykowego półmroku

W połowie lat 90. postępy w diagnostyce, oraz pojawienie się nowych leków i nowoczesnych metod terapii sprawiły, że zaginione sławne ofiary kwasu wychodziły jedna po drugiej z narkotycznego półmroku. Ich powrót należałoby traktować w kategoriach cudu. Po latach niebytu, więzienia i wydawania okazjonalnych, niezbyt ekscytujących albumów Peter Green powrócił w dobrym stylu do występów i nagrywania. Brian Wilson zagrał serię wyprzedanych koncertów i ukończył swój zaginiony album Smile. Koncerty zaczął grać także Roky Erickson. Przez lata nie ucierpiał ani jego porywający głos, ani umiejętność gry na gitarze. Arnaldo Baptista zaczął jeździć w trasy, zagrał też w londyńskim Barbican Centre ze swoim dawnym zespołem Os Mutantes. Ace Kefford z The Move ponownie odkrył swą miłość do muzyki i zaczął tworzyć nowe kompozycje.

Każdy z nich spędził kilkadziesiąt lat w stanie odrętwienia spowodowanego fatalnymi w skutkach doświadczeniami z LSD - i każdy z nich doszedł do siebie. Jednak dla Barretta przeszłość pozostała przeszłością. Nie miał w planach powrotu. Podobnie jak w przypadku jego amerykańskiego odpowiednika, Skipa Spence'a, pieniądze i sława nie były wystarczającą motywacją. Spence, tak jak Barrett, zmarł chory i zaniedbany, gdy jego twórczość zyskiwała kolejne życie.

Roger Barrett wolał się krzątać po ogrodzie niż stawać w świetle reflektorów. Był zbyt świadomy tego, jak działa przemysł muzyczny, i postanowił trzymać się z dala od wszelkich nikczemności tego środowiska. Prześladowania ze strony fotografów i maniakalnych fanów Syda były utrapieniem dla Rogera Barretta, który nie miał już wiele wspólnego ze zjawą o imieniu Syd. Poświęcana mu uwaga męczyła go i niepokoiła.

Miał "gdzieś" przeszłość

Ian Barrett, jeden z niewielu, którzy go odwiedzali, mówił: "Rog ma gdzieś przeszłość i nie ma obecnie nic wspólnego z przepychem i zgiełkiem przemysłu muzycznego, który niegdyś był dla niego celem. Jest zmieszany tym, że ktokolwiek pamięta jeszcze te kilka piosenek, które zaśpiewał i zagrał w latach 60. Po prostu nie jest zainteresowany powrotem do okresu sprzed załamania. Jego epizod związany z Floydami miał miejsce tak dawno temu, że Rog chce jedynie, by zostawiono go w spokoju i pozwolono mu malować, czytać i robić to, na co ma ochotę".

Najlepszym lekarstwem okazała się sztuka. Roger był zadowolony z tego, że mógł ponownie oddać się malarstwu. "Lubi eksplorować różne techniki malarskie - wyjaśniał Ian. - Widziałem jego prace prezentujące różne style. Interesuje się motywami geometrycznymi i powtarzającymi się kształtami, które można napotkać na kaflach lub tkaninach. Widziałem też u niego abstrakcje olejne, naturalistyczne akwarele oraz dzieła wykonane w drewnie".

W latach 1993-1994 Barrett namalował wiele abstrakcyjnych obrazów z powtarzającymi się motywami. Tworzył ponad 30 akwareli i rysunków miesięcznie. Namalował też wspaniały, duży obraz olejny, przedstawiający szkielety wyłaniające się z burzy karnawałowych kolorów. Było to nawiązanie do jego zainteresowania motywem klaunów-szkieletów z twórczości malarza Jamesa Ensora. W 1995 roku skupił się na martwej naturze przedstawiającej rośliny i kwiaty. W wieku 48 lat ponownie zajął się tym, co niegdyś porzucił w Camberwell. Podczas malowania słuchał na swojej małej wieży stereo Theloniousa Monka, Django Reinhardta, Charliego Parkera i Milesa Davisa.

Roger zawsze trzymał zapasy materiałów do malowania przy sztaludze. Zuchwali wielbiciele kradli pędzle przez otwarte okno, niektórzy zabierali nawet obrazy. Te bezmyślne zachowania pokazywały, jak patologiczne potrafią być relacje na linii artysta - fan. Barrett zagłębiał się także w temat historii sztuki. Przepisywał poświęcone jej artykuły i opatrywał je krótkimi komentarzami. Podobnie jak w przypadku malowania obrazów, robił to dla własnej przyjemności. W jego życiu wciąż było miejsce na muzykę. Posiadał małą, ręcznie wykonaną hiszpańską gitarę klasyczną z nylonowymi strunami. Trzymał ją na piętrze swojego domu. Kupił ją w sklepie muzycznym Kena Stevensa przy Sussex Street i od czasu do czasu brzdąkał na niej w swoim pokoju.

"Gra proste akordy, ale jest przy tym szczęśliwy i robi to pięknie - wyjawiała Rosemary. - Ma też harmonijkę ustną. Tak, wciąż lubi grać, choć nie pisze nowych utworów. Nigdy nie gra w czyjejś obecności. Gdy ktokolwiek, nawet ja, wchodzi do pokoju, gdy gra, natychmiast przestaje. Nie chce, by ktokolwiek mówił mu rzeczy w stylu: »O, jak ładnie!«. To niczym powrót do przeszłości i do tamtych wspomnień. Nie chce komplementów, gdyż dostał ich już w życiu wiele i nic dla niego nie znaczyły".

Ponieważ nie lubił tłumów i zamkniętych przestrzeni, nie bywał w kinach czy na koncertach. Pozbył się telewizora - mądre posunięcie dla każdego artysty. Niestety nie miał przyjaciół. Rosemary mówiła w rozmowie z pisarzem Lucą Ferrarim: "Wiem, że boryka się z olbrzymimi rozterkami i chciałby z kimś o nich porozmawiać. Jest zbyt powściągliwy - to częsta cecha Brytyjczyków".

Barrett golił głowę z regularnością godną buddyjskich mnichów. "Goli głowę oraz brwi. Goli całe ciało - to mania". Jego siostra uważała, że to strategia, która miała zapewnić, iż ludzie będą trzymali się od niego z daleka. Trichotemnomania to rzadka forma nerwicy natręctw. Występująca częściej trichotillomania objawia się wyrywaniem włosów lub przesadnym rozczesywaniem prowadzącym do ich wypadania. Niedawne badania wskazują na genetyczne podłoże tej przypadłości, którą wzmaga nadużywanie narkotyków i alkoholu oraz stres. Jedna z teorii głosi, że wraz z trichotemnomanią występuje strach przed byciem otrutym, któremu towarzyszy głęboki niepokój. Barrett obsesyjnie mył dłonie - nawet kilkadziesiąt razy dziennie. Nosił zwyczajne ubrania, ale zachowywał pedantyczną czystość.

"Chciał żyć tak, jak żył"

Gdy jego życie nieco się ustabilizowało, z większym zaangażowaniem zaczął się zajmować ogrodem. Zagłębiał się w lekturę książki ogrodniczej "The Tree and Shrub Expert". Na frontowym trawniku otoczonym krzewami i płotem zasadził rośliny, a następnie je pielęgnował. W salonie rysował, malował i pisał o historii sztuki. W pokoju wychodzącym na ogród za domem relaksował się, słuchając jazzu. Porzucił plany przekształcenia poddasza w pracownię. Do pewnego stopnia starał się utrzymywać kontakt z lokalną społecznością.

Jeden z miejscowych mówi: "Czasami w niedziele przychodził na popołudniowe bluesowe jam sessions w pubie Boat Race w Cambridge i słuchał. Kiedyś nawet rozmawiał z jednym z moich znajomych na temat pary butów, którą kupił. Według Rogera były kiepskie i zbyt drogie. W Boat Race można było dostać dobre piwo. Jako osoba zwracająca szczególną uwagę na kwestie estetyczne lubił popatrzeć na zgrabne kształty kobiece. Nie lubił za to, gdy ktoś go rozpoznawał. Jeśli ktoś się z tym nie zdradzał, potrafił rozmawiać z taką osobą na codzienne tematy, ale nie o swojej karierze muzycznej. Był nieśmiałym, ale przyjaznym gościem, który czasem stawiał kolejkę w piwiarni, lecz wolał pić w samotności i ograniczać kontakt z innymi klientami pubu do krótkich pogawędek".

W 1997 roku Ian Barrett mówił: "Powoli dochodzi do stanu zadowolenia, którego nie odczuwał od czasu swojego załamania. Jest szczęśliwy, mogąc się krzątać po domu, oglądać telewizję, malować i czytać. Rozmowy z nim nie wyglądają tak, jak konwersacje z innymi ludźmi, bo mówi w dziwny sposób, urywając zdania. Codzienne rzeczy w jego ustach brzmią abstrakcyjnie, ale to wszystko ma swoją wewnętrzną logikę - to jego własny sposób na wyrażanie siebie. Jeśli ludzie wciąż wolą myśleć o Rogerze jako o dzikim szaleńcu, którym rzekomo był w latach 60. - choć jestem pewien, że wiele z tych opowieści jest zmyślonych - to proszę bardzo. Ale uważam, że to nie w porządku wobec jego wkładu w muzykę oraz wobec niego samego jako człowieka [...]. Ludzie chyba nie są gotowi, by zrozumieć skalę jego załamania i to, pod jaką był presją".

"Widywałam Syda niemal każdego tygodnia w mieście lub w supermarkecie - wspomina Jenny Lesmoir-Gordon. - Zwykły człowiek w średnim wieku. Raz próbowałam z nim porozmawiać w sklepie ogrodniczym. Powiedziałam: »Syd, to ja, Jenny!«. Odparł: »A tak. Tak, tak«. Zdarzało się, że stałam gdzieś koło niego i nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Czułam, że istnieje pewna bariera, która sprawia, że nie potrafię się do niego odezwać. Darzyłam go ogromną miłością, ale on nie chciał być kochany. Chciał żyć tak, jak żył".

Prawdziwa eksplozja

"Ludzie często pytają mnie, czemu Syd zamknął się w sobie. Sądzę, że był to efekt kombinacji zbyt dużej ilości LSD oraz jego ekscentrycznego, kreatywnego umysłu - mówiła Rosemary. - Jeśli ktoś jest wyczerpany i dorzuca do tego mnóstwo kwasu, powstaje chaos: prawdziwa eksplozja. To straszne, ale nieuniknione. Był wykończony i nie wiedział, dokąd zmierza z Pink Floyd. Brał narkotyki, bo poszukiwał jakiejś alternatywy. Prawdopodobnie faktycznie przeżył załamanie nerwowe, choć nigdy tego nie zdiagnozowano. Myślę, że doświadczył zapaści psychicznej".

"Syd był młodym bogiem tamtych czasów - twierdzi Jenny Fabian. - Coś w nim umarło, choć on pozostał przy życiu. To dotyczyło nas wszystkich. Syd był symbolem tamtego wizerunku i muzyki. Symbolem tamtej epoki. Podobnie jak Jimi Hendrix, który grał na gitarze jak nikt inny. Muzyka Syda przetrwała próbę czasu, nawet jeśli jakość nagrań nie była porywająca. Z całej tej muzyki lat 60. chciałabym mieć w domu jedynie 'The Piper at the Gates of Dawn' i dwie czy trzy płyty Beatlesów".

---

Książka "Syd Barrett & Pink Floyd. Mroczny świat" ukazała się nakładem Wydawnictwa SQN.

Książkę możecie kupić tutaj!

Dowiedz się więcej na temat: Roger Barrett | Pink Floyd

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje