"(Sittin' On) the Dock of the Bay": Ostatni numer Otisa Reddinga

Otis Redding zmarł 50 lat temu, zostawiając nas z jednym z najważniejszych utworów w historii /Photoshot /Reporter

10 grudnia Otis Redding wraz z towarzyszącymi mu członkami zespołu Bar-Kays zginął w katastrofie lotniczej. Miesiąc po jego śmierci światło dzienne ujrzał singel "(Sittin' On) the Dock of the Bay", który okrzyknięto jego największym dziełem.

Reklama

W 1967 roku Otis Redding po wydaniu albumu z Carlą Thomas, świetnie przyjętych koncertach w Europie (pamiątką po nich była płyta "Otis Redding: Live In Europe") oraz po występie na owianym legendą festiwalu Monterey Pop, gwiazdor rozpoczął prace nad swoim nowym utworem.

"Dock of the Bay", bo tak pierwotnie nazywał się numer, początkowo powstawał między koncertami. Pierwszą wersję tekstu Otis napisał w sierpniu 1967 roku, nad kolejnymi pracował nieco później, a swoje myśli najczęściej zapisywał na szybko na serwetkach i papierze hotelowym, w trakcie kolejnej trasy, tym razem promującej album "King & Queen".

Reklama

Nieco później Redding trafił do szpitala w związku z zabiegiem wycięcia polipów z jego strun głosowych. Operacja sprawiła, że wokalista przez trzy miesiące dochodził do siebie, a przez pierwsze trzy tygodnie nie mógł wydać z siebie żadnego dźwięku. To zmieniło w tamtym czasie jego tryb pracy. Ze swoim otoczeniem kontaktował się jedynie za pomocą notatek, nie mógł też śpiewać, co sprawiło, że w tamtym czasie skupił się na tworzeniu tekstów. Wtedy właśnie Redding miał napisać ponad 30 piosenek (m.in. "Hard to Handle", "The Happy Song"), a większość z nich ukazała się już po śmierci artysty.

"Otis był pracusiem i dorastał jako artysta z każdym utworem. Za każdym razem przyjmował coraz większą odpowiedzialność i większą kontrolę nad swoimi sesjami. Muzycy go szanowali i kochali" - wspominał współzałożyciel wytwórni Stax, Jim Stewart.

Tutaj warto wspomnieć, że ta coraz większa ogłada i zdecydowanie Otisa, doprowadziły do spięcia na linii wytwórnia - artysta, co prawie skończyło się rozłąką dwóch stron. Redding domagał się większej niezależności, jego szefowie patrzyli na to wyjątkowo niechętnie.

Intensywne prace nad utworem po pokonaniu zdrowotnych turbulencji i wygospodarowaniu wolnego czasu, rozpoczęły się w listopadzie 1967 roku. Do współpracy Otis zaprosił m.in. producenta i gitarzystę Steve'a Croppera.

"Zazwyczaj Otis meldował się w Holiday Inn lub innym hotelu i potem dzwonił do mnie, abym do niego wpadł i zaczniemy pisać. Wtedy jednak zadzwonił do mnie podekscytowany i nie czekając stwierdził 'mam hit!'" - wspominał magazynowi "Rolling Stone" Copper.

Redding chciał wejść czym prędzej do studia i zrealizować swoje pomysły. "Otis był jednym z tych gości, którym przez głowę przechodziło 100 myśli" - mówił Copper w rozmowie z NPR.

Inspiracją dla wokalisty do stworzenia była niesamowicie banalna historia. Redding przebywając w San Francisco, trafił do hangaru na łodzie i obserwował, jak przypływały i odpływały. Na tym Otis oparł swój cały koncept i razem z Crooperem udało mu się oddać to, o co mu chodziło.

Współpracownicy przyznawali, że w ostatnich miesiącach Otis zasłuchiwał się m.in. w The Beatles i Boba Dylana, zdając sobie sprawę, że emocje można przekazywać nie tylko za pomocą barwy wokalu, ale także za pomocą samych słów. Kluczowy miał okazać się album "Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club", który zmienił podejście Reddinga do nagrywania. Zrozumiał bowiem, że nagrywanie utworu to pewien proces.

Sesja nagraniowa odbyła się w studiu wytwórni Stax. Prawdopodobnie 22 listopada muzycy mieli niemal gotową wersję utworu, a 8 grudnia dograli ostatnie poprawki. Do dziś trwają jednak dyskusje, kiedy dokładnie nagrano i napisano tekst piosenki. Daty nie kojarzy też Cropper. Pamięta jedynie, że trwało to od tygodnia do 10 dni. Jonathan Guld, autor biografii "Otis Redding: An Unfinished Life", twierdzi natomiast, że Otis i jego współpracownik odbyli dwie krótsze sesje.

Skąd natomiast wzięło się gwizdanie w piosence? Redding w taki sposób zakończył pierwsze podejście do piosenki. Pomysł wypadł jednak wyjątkowo kiepsko, przez co żartów Otisowi nie szczędził inżynier dźwięku,Ron Capone.

Steve Cropper twierdzi natomiast, ze gwizdanie pojawiło się z prostego powodu - wokalista zapomniał bowiem, co chciał zaśpiewać pod koniec i improwizował. 

Finalnej wersji Otis nigdy nie usłyszał, gdyż trzy dni później zginął w katastrofie lotniczej. Jeszcze przed tragicznym lotem Cropper zaprezentował piosenkę Johnny’emu Lee Odomowi oraz żonie Otisa, Zelmie, która - co zaskakujące - nie zaakceptowała numeru, twierdząc, że kompozycje, które Redding tworzył po operacji zbyt przypominały twórczość The Beatles.

Niezadowolony z efektu był także basista, Duck Dunn, wprost mówiąc, ze "(Sittin' On) Dock of The Bay" nie jest R&B. Menedżer Reddinga przyznał natomiast, że nagranie brzmi zbyt popowo. Pewności nie ukrywał jednak sam Redding, zapewniając, że to będzie jego pierwszy utwór ze sprzedażą powyżej miliona egzemplarzy.

10 grudnia Otis Redding wraz ze swoim zespołem wyleciał z Cleveland do Madison w stanie Wisconsin, gdzie miał zagrać w klubie nocnym Factory. Jeszcze przed startem maszyny kontrolerzy ostrzegali pilota o fatalnych warunkach pogodowych. Mimo to samolot wystartował. Około sześciu kilometrów przed lotniskiem Traux Field Beechraft H18 runął do jeziora Monona. Jedyną osobą, która przeżyła katastrofę, był Ben Cauley. W późniejszych relacjach przyznał, że ostatnim wspomnieniem, które posiada z momentu uderzenia są słowa jego kolegi "o nie!".

Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu nie odkryła nigdy przyczyny wypadku, wśród hipotez znalazły się m.in. złe warunki pogodowe. Po katastrofie James Brown przypomniał, że odradzał Reddingowi latania w tym samolocie.

Ciało wokalisty odnaleziono 11 grudnia, jego pogrzeb, na którym pojawiło się 4,5 tys. osób, odbył się cztery dni później.  

Śmierć Otisa była ogromnym szokiem dla milionów słuchaczy, ale i problemem dla samej wytwórni. Przedstawiciele labelu-matki Stax Records, Atlantic, mimo tragicznych wieści domagali się nowego utworu. Cropper został więc zmuszony do jak najszybszego opublikowania nagrania. Miks piosenki muzykowi zajął dobę, chociaż jak później przyznawał w rozmowie z "Rolling Stone", drugi raz nie powtórzyłby tej sztuki.

Oficjalna premiera piosenki nastąpiła 8 stycznia 1968 roku. Utwór bez najmniejszego problemu wdrapał się na szczyt listy Billboard, stając się jedynym singlem Otisa, który dokonał tej sztuki. Wokalista nie pomylił się też w swoich przewidywaniach sprzedażowych, gdyż piosenka rozeszła się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy, a radiostacje wyemitowały ją ponad osiem milionów razy.

Do dziś tematem dyskusji pozostaje to, czy utwór odniósłby tak ogromny sukces, gdyby nie tragiczna i niespodziewana śmierć Reddinga. Eksperci nie mają jednak wątpliwości, że numer swoim poziomem broni się i po latach. W 2011 roku magazyn "Rolling Stone" umieścił go na 26. miejscu zestawienia 500 najlepszych piosenek w historii muzyki rozrywkowej.

Dowiedz się więcej na temat: Otis Redding

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje