PJ Harvey w Warszawie: Wielobarwna mozaika

Na koncerty artystów takich jak Polly Jean Harvey nie chodzimy po to, by poznawać, nie wypatrujemy spektakularnych niespodzianek (choć ich obecność zawsze mile widziana). Chodzimy po to, by się delektować. A było czym się delektować podczas środowego (12 października) koncertu na warszawskim Torwarze. Artystka promuje właśnie swój najnowszy, dziewiąty album "The Hope Six Demolition Project".

PJ Harvey w Warszawie

Wszyscy potrzebowali nieco czasu, aby się rozgrzać. Zarówno PJ Harvey, jak i publiczność, która otwierających wieczór numerów wysłuchała w wielkim skupieniu. A na pierwszy ogień poszły utwory z najnowszej płyty, między innymi "The Ministry of Defence", mocne i ożywiające, z potężnymi gitarowymi riffami, czy poruszające "A Line In The Sand". Drużyna PJ, która razem z nią wkroczyła na scenę marszowym krokiem, nie potrzebowała czasu na rozgrzewkę. Panowie uderzyli z miejsca mocno i wyraźnie.

Reklama

Po lewej stronie PJ - John Parish. Po prawej, nieco z tyłu Mick Harvey. Do tego podwójna perkusja, gitary, klawisze, skrzypce, sekcja instrumentów dętych. Dla tych, którzy na koncertach szukają przyjemności ze słuchania żywych instrumentów, było to najlepsze miejsce. Każda fraza wypowiadana przez poszczególne instrumenty, stanowiła mały puzzelek w całej wielobarwnej mozaice. Połączone dawały świetny efekt wielowarstwowej, dopracowanej kompozycji. Zabrzmiało to dobrze, mimo niełatwych warunków akustycznych, jakie oferują tego typu sale.

Wspomniane podwojone bębny od początku nadawały ton koncertowi. Nastrój bojowy po jakimś czasie zelżał, publiczność ośmieliła się, żywo reagując na każdy utwór, zaś sama Polly Jean po kilku utworach chyba poczuła się swobodniej. Koncert prowadzony w szybkim tempie, gdzie nie ma miejsca na niepotrzebne mowy, przerywniki, rozmowę z publicznością, przebiegał jak w zegarku, wszystko zdawało się być odliczone co do sekundy.

A im dalej, tym PJ częściej raczyła kawałkami ze swoich poprzednich płyt. Takimi jak przez wielu oczekiwane "Let England Shake", tytułowy utwór z ósmego albumu artystki. Skromna scenografia, operująca kolorowymi światłami, na te kilka minut przybrała ciepły złoty kolor, PJ oświetlona przez reflektor, wykonywała teatralne gesty, idealnie pasujące do nieco groteskowej melodii, będącej głównym motywem utworu.

W setliście znalazło się także miejsce na "The Words That Maketh Murder", również z płyty "Let England Shake", czy "Talk to You", z wydanego w 2007 roku albumu "White Chalk". Utwór wniósł na scenę rzewną gitarową melodię i mnóstwo melancholii.

Po "Down By The Water" (z płyty "To Bring You My Love", 1995 r.), bodaj jednego z najbardziej znanych w repertuarze artystki, przyszedł czas na przedstawienie zespołu. Chłodna, oszczędna w słowach i gestach PJ, pokusiła się o delikatny uśmiech, gdy z tłumu padło zapewnienie: "I love you PJ!". Główną część koncertu zamknął utwór "River Anacostia", który wybrzmiał w piękny sposób, śpiewany a capella przez cały, dziesięcioosobowy zespół. Wraz z ostatnią nutą zgasło światło.

Być może ład i porządek kłócą się z waleczną duszą PJ Harvey. Warszawski koncert choć piękny, zdawał się być zbyt zaplanowany, czy, używając mocniejszego określenia, wyreżyserowany. A przecież te niezaplanowane, niedoskonałe momenty świadczą o wyjątkowości wydarzenia. Dlatego być może jednym z najbardziej zapamiętywalnych momentów będzie ten, w którym PJ poprosiła o podanie tonacji na początku bisowego "Is This Desire?". Ostatecznie utwór zabrzmiał świetnie, mimo początkowej pomyłki, która tylko dodała artystce uroku.

Anna Nicz, Warszawa

Dowiedz się więcej na temat: PJ Harvey

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje