OFF Festival 2017: Ludzie marzyli, by latać…

Podsumowanie 12. edycji OFF Festivalu, czyli o tym, dlaczego ludzie o skrajnie różnych muzycznych gustach jeżdżą na tę samą imprezę, że pogłoski o zmierzchu ery gitarowego grania to bujdy oraz o tym, że czasem lepiej jest być starym i brzydkim.

Gitarzysta Idles wśród publiczności

OFF Festival bywa nazywany świętem muzyki alternatywnej, określenie to jednak nie do końca oddaje naturę katowickiej imprezy. Festiwal nie ogranicza się do prezentowania artystów, których twórczość nazywana jest alternatywą. Ba, trudno nawet powiedzieć, by wykonawcy z tego kręgu go zdominowali. Organizatorzy OFF-a preferują po prostu artystów, którzy nie chadzają utartymi szlakami: łamią schematy, prowadzą polemiki z kanonami czy próbują tworzyć dzieła pionierskie. To przyciąga fanów, którzy o swoim ulubionym muzycznym gatunku wiedzą wszystko i chcą tę wiedzę poszerzyć, oraz ludzi, lubiących nowe odkrycia lub, zwyczajnie, chcących się oderwać od codzienności i pobujać w obłokach. Często to te same osoby. Widok na jednym koncercie słuchaczy w koszulkach Slayera, Rawa Blues Festival i z napisem "pozdro techno." jest tu na porządku dziennym. Takie podejście prowadzi czasem do nadreprezentacji jakiejś muzycznej stylistyki; w tym roku zdecydowanie dominowały zespoły gitarowe.

Reklama

Szczególnie mocny pod tym względem był pierwszy dzień imprezy. Publiczność najpierw porwał zespół Shame - muzyka londyńskiej ekipy to esencja wszystkiego, co dobre w brytyjskim punku, a piątka muzyków zaserwowała ją z wyzywającą bezczelnością, charakterystyczną dla młodzieży, która chce wyrazić sprzeciw wobec zastanej rzeczywistości; garażowe dźwięki kwintetu Ulrika Spacek tylko trochę słuchaczy ostudziły; The Men, czyli punkowcy zza Oceanu, nie wahający się sięgać po saksofon, znowu podkręcili tempo; gdy swojego dynamicznego post punka zagrała grupa Idles, zgromadzonym w namiocie Trójki niemal kompletnie odbiło - przed sceną odbywało się srogie pogo od pierwszej do ostatniej nuty, gitarzysta kończył koncert w samych majtach, wokalista zaś przed namiotem, wyniesiony tam na rękach fanów (w dowód uznania, serio!). A wszystko to działo się jeszcze przed koncertem legendarnej formacji Shellac.

"Trio, którym dowodzi charyzmatyczny muzyk i producent Steve Albini, pod każdym względem wpisuje się w naszą OFF-ową ideologię: grają swoje, na własnych warunkach i mają gdzieś opinię innych" - anonsowali grupę Shellac organizatorzy imprezy, a muzycy słowa te potwierdzili, prezentując nie tylko rewelacyjne zgranie, odjechane poczucie humoru, z nabijaniem się z takich rockowych dinozaurów jak Lynard Skynard, Thin Lizzy cz Aerosmith na czele, ale i różne mądrości. "Ludzie przez tysiące lat marzyli, by latać. Osiągnęli to. A chwilę potem użyli samolotów podczas wojen, do niszczenia. Nie spieprzmy kolejnego wynalazku, czymkolwiek będzie!"- przestrzegał Albini.

W piątkowy wieczór na ostrzejsze gitarowe riffy pozwoliła sobie nawet subtelna Feist. Goszcząca pierwszy raz w Polsce Kanadyjka, swoje urocze piosenki prezentowała momentami z autentyczną zadziornością. 

W kolejnych dniach gitarowych dźwięków także nie brakowało. Serwowali je na wiele różnorakich sposobów goście festiwalu z różnych zakątków globu. Znakomitą klamrą spinającą żywiołowe, gitarowe granie były niedzielne koncerty Preoccupations i powracających do Katowic po czterech latach Thee Oh Sees. Pierwszym, w rzuceniu publiczności na kolana przeszkodziło głównie słabe nagłośnienie, drudzy, prezentując szaloną odmianę space rocka sprawili, że widownia przed sceną Leśną pofrunęła pod korony drzew. Przy muzyce Amerykanów trudno nie skakać, ale też świetnie się na nich patrzy. Zwłaszcza na duet perkusistów, którzy niezwykle widowiskowo, zsynchronizowanymi ruchami i z porywającą energią walą w bębny.

Od kliku lat mówi się, że dla młodych ludzi liczą się głównie hip-hop i muzyka klubowa... Czyżby przed scenami katowickiej imprezy bawiły same staruchy? Średnia wieku uczestników OFF-a jest zdecydowanie wyższa niż np. bywalców Open’era (w tym roku w programie gdyńskiego festiwalu znalazło się ledwie kilka gitarowych kapel, za to dwie z nich były headlinerami), ale nie można powiedzieć, że młodzi zwolennicy imprezy Artura Rojka wyściubiali nosy ze strefy gastro jedynie, gdy milkły gitary. Nie jest też prawdą, że nastolatkowie po "wiosła" nie sięgają - tacy Shame to właściwie dzieciaki. Z naszego podwórka też znajdzie się dobry przykład: świetnie zaprezentował się w Katowicach debiutujący niedawno, warszawski, noiserockowy kwartet Bastard Disco.

Jeśli mówimy o gniewnej młodzieży i zwracamy oczy na Polskę to nie sposób przemilczeć występu duetu Siksa z Gniezna. Zebrani sobotniego popołudnia przed sceną Leśną byli świadkami naładowanego wulgaryzmami i prowokacjami, punkowego performance’u, wymierzonego przeciwko patriarchalnemu systemowi i kulturowym stereotypom. Wydawałoby się, że OFF to idealne miejsce dla takiego happeningu, tymczasem jego autorzy, czyli owa Siksa, wzbudzili sporo kontrowersji. Krytykowano nie tyle tematykę wypowiedzi, co formę (facebookowy profil festiwalu zalały komentarze w stylu "czy na OFF-ie przystoi?"). Pojawiły się też głosy, że artyści - biorąc pod uwagę ich wiek - robią sobie kpiny. Czyżby stereotyp, że młodzi i ładni nie mogą mieć powodów by zajmować się poważnymi tematami jest aktualny? Duet jest przekonany, że tak. W spektakl angażował się bez reszty, jakby chcąc udowodnić, że swoją sprawę traktuje serio - szalejąca na scenie i wśród publiczności wokalistka Alex, nie odpuściła nawet wtedy, gdy z rozwalonej nogi ciekła jej krew.

Gwiazda drugiego dnia imprezy, PJ Harvey, także przy pomocy mikrofonu chce zmieniać świat. Oczywiście, ma na to inny patent niż Siksa. Jej poetycki, dopracowany w każdym szczególe show, osobisty, ale i społecznie wymowny był olśniewający.

Niektórzy artyści o swoich politycznych preferencjach mówili w Katowicach wprost. Przodowali w tym Amerykanie, a ich tyrady zwykle dotyczyły Donalda Trumpa - uwagi na temat prezydenta Stanów Zjednoczonych mieli m.in. Conor OberstTalib Kweli. Ten drugi przede wszystkim jednak rozkręcił na OFF-ie znakomitą, opartą na hiphopowych rytmach imprezę.

W Dolinie Trzech Stawów pojawiały się więc pytania o to, czy artyści powinni się politycznie wypowiadać i czy sztuka ma jeszcze moc by odbiorcę odmienić. Wnioski płynące z 12. edycji imprezy na drugie zagadnienie sugerują odpowiedź twierdzącą. Zwłaszcza, jeśli będzie stworzona przy użyciu gitar. Dźwięki "wioseł" wciąż pozwalają słuchaczom oderwać się od ziemi i nadal mają niesamowitą siłę rażenia.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje