Inauguracja prezydentury Donalda Trumpa. Nie ma chętnych na występ?

Rozpoczęcia kadencji Donalda Trumpa może przebiegać odrobinę inaczej niż początki kadencji Baracka Obamy. Wszystko za sprawą artystów, którzy nie kwapią się, aby wystąpić na inauguracji.

Donald Trump nie będzie miał okazji oglądać wielkich gwiazd na swojej inauguracji?

Od jakiegoś czasu ludzie Donalda Trumpa rozpoczęli intensywne poszukiwania wykonawcy, który może uświetnić start prezydentury zwycięzcy listopadowych wyborów. Na razie wygląda jednak na to, że nie będzie to gwiazda z najwyższej półki

Reklama

Jak poinformował m.in. serwis TheWrap, poszukiwania nie przebiegają pomyślnie, a składa się na to kilka czynników.

Do tej pory wiadomo, że na ważnej ceremonii na pewno nie pojawi się Elton John, który, był pierwszym wyborem Trumpa. Milionerowi miało nie przeszkadzać nawet to, że muzyk jest Brytyjczykiem i raczej nie wspiera programu nowego prezydenta USA. Oferta została szybko odrzucona, a jeszcze szybciej dementowano pogłoski o potencjalnym występie Johna.

Z drugiej strony sztab Trumpa odrzucił propozycję Vince'a Neila (Motley Crue), który w listopadzie ogłosił, że wystąpi na styczniowej inauguracji, żeby za kilka godzin zdementować własne oświadczenie. 

Wśród głównych kandydatów, którzy mogliby wystąpić w styczniu 2017 roku w Waszyngtonie wymienia się artystów popierających działalność Trumpa. Chodzi o Kid Rocka, Teda Nugenta, Lee Greenwooda i Gartha Brooksa. Brooks w rozmowie z TMZ przyznał, że występ byłby dla niego zaszczytem. Jednak, jak twierdzą informatorzy TheWrap, prezydent elekt nie chciałby zadowolić się nazwiskami, które nie są rozpoznawalne.

Na tzw. "liście A", czyli zestawieniu największych gwiazd, znajdują się m.in. Justin Timberlake i Bruno Mars, jednak mało prawdopodobne jest, aby artyści popierający demokratów mieli ochotę wspierać Trumpa w jednym z ważniejszych momentów jego politycznej kariery. Co więcej, mogłoby to negatywnie wpłynąć na wizerunek danego wykonawcy, z czego sprawę zdają sobie sami zainteresowani. W grę może wchodzić również chęć odegrania się na kandydacie Partii Republikańskiej. Wielu celebrytów popierających Clinton nie potrafiła zaakceptować wyniku wyborów, zachęcając do protestów i jasno deklarując, że Trump to nie ich prezydent.

Nienawiść do Trumpa nie wynika tylko i wyłącznie z odmiennych poglądów politycznych. Trump zraził do siebie artystów nie tylko m.in. głoszeniem postulatu o wyrzuceniu Meksykanów z USA i wybudowaniu wielkiego muru. Przedsiębiorca i milioner w trakcie kampanii atakował celebrytów personalnie, kpił z nich na Twitterze, przed kampanią niektórym z nich groził pozwami, a ponadto nie szanował ich praw autorskich. Ciężko, aby w takiej sytuacji, ci chcieli uczynić go szczęśliwszym.

"Kreatywni ludzie mają tendencję do odrzucania nienawiści i fanatyzmu. Chcemy być liberalnie nastawieni do świata. Kiedy widzimy, że ktoś tworzy podziały oraz stosuje mowę nienawiści, to mało prawdopodobne jest, aby kreatywni ludzie chcieli z nim współpracować" - wyjaśnił w rozmowie z BBC John Legend.

Nie od dziś wiadomo, że nastroje w show-biznesie w USA przechylone są lewo, co zresztą można było zaobserwować przy okazji tegorocznych wyborów. Dlatego też ludziom D.T. pozostaje wysyłać kolejne zapytania i wykonywać kolejne telefony. TheWrap mówi wręcz w tym kontekście o łapance gwiazd.

Według informatora serwisu sztab Trumpa jest skłonny zapłacić sporą sumę (mowa nawet o milionach dolarów), aby skusić kogoś znanego do zaśpiewania na inauguracji. Nie cieszy ich pewnie jednak fakt, że popularni wykonawcy nie chcą zgodzić się na występ nawet za pieniądze.

Ludzie prezydenta elekta oficjalnie zdementowali pogłoski o wynagrodzeniu dla potencjalnej gwiazdy. W oświadczeniu możemy przeczytać:

"Nikt z oficjalnym stanowiskiem lub oficjalną relacją z prezydenckim komitetem inauguracyjnym nie potwierdzi opisanego stanu rzeczy. Skupiamy się, aby stworzyć ekscytujące i jednoczące święto wolności i demokracji, podążając za wszystkimi zasadami, przepisami i standardami postępowania" - czytamy w oświadczeniu Borisa Epstyhena.

Warto dodać, że na inauguracjach kadencji Baracka Obamy wystąpiły Beyonce (2013 rok) i Aretha Franklin (2009 rok) - żadna z nich nie przyjęła wynagrodzenia za pojawienia się na ceremonii w Waszyngtonie (zwrócono im koszty podróży oraz opłacono sprawy dotyczące produkcji ich występów).

Trump, według informacji "The New York Times", na inaugurację i wszystkie wydarzenia pokrewne, chce wydać od 65 do 75 milionów dolarów, co ma być największą sumą, jaką wydano na tego typu ceremonię.

Inauguracja pierwszej kadencji Donalda Trumpa odbędzie się 20 stycznia 2017 roku. Według ostatnich doniesień, w piątek (16 grudnia) z Trumpem ma spotkać się jego wieloletni przyjaciel, niewidomy tenor Andrea Bocelli. Tego dnia Włoch ma wystąpić w Madison Square Garden w Nowym Jorku. Plotkarski serwis Page Six podaje, że podczas spotkania prezydent elekt planuje "osobiście" zaprosić Bocelliego, by wystąpił podczas jego inauguracji.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje