"Idol" powraca, ale czy jest potrzebny?

Nowy jurorzy "Idola" przyciągną przede telewizory rekordową widownię? /VIPHOTO /East News

15 lutego na antenę telewizji Polsat wraca jeden z pierwszych talent showów w naszym kraju - "Idol". Program został reaktywowany po 12 latach przerwy, w momencie, kiedy… format "Idola" jest w odwrocie. W przypadku polskiego "Idola" będziemy mówili o powrocie w chwale czy reanimowaniu trupa?

Reklama

15 lutego, w środę startuje piąta edycja "Idola". W jury zasiądą Elżbieta Zapendowska, Ewa Farna, Wojtek Łuszczykiewicz i Janusz Panasewicz. Prowadzącym program będzie po raz kolejny Maciek Rock. Decyzję o powrocie programu podjęto w listopadzie 2016 roku i od tej pory przez sieć przewinęła się fala komentarzy zwolenników oraz przeciwników.

Postanowiliśmy więc tuż przed startem programu przeanalizować za oraz przeciw dotyczące "Idola", a także pokazać, jak to w innych krajach bywało.

Koniec ery

Reklama

7 kwietnia 2016 roku, po 15. sezonach i 14 latach, amerykański "Idol" przeszedł do historii. Decyzja podjęta została jednak zdecydowanie wcześniej, bo w maju 2015 roku. Ludzie związani ze stacją Fox oficjalnie przyznali, że format "Idola" uległ wyczerpaniu i nie ma sensu kontynuować przygody z programem.

Ostatnią edycję "American Idol" śledziło około ośmiu milionów widzów. Nie jest to mała liczba, jednak jeżeli popatrzy się na ten wynik z szerszej perspektywy, można uznać go za wizerunkową porażkę formatu. Po pierwsze oglądalność "Idola" z roku na rok gwałtowanie pikowała i żadne zmiany, przetasowania w składzie jury oraz próby modyfikacji nie pomagały. Pierwszy odcinek 15. sezonu obejrzało "zaledwie" 10 milionów osób, co było najniższą oglądalnością startu programu od 2002 roku. Nikogo nie zachwyciła też 13-milionowa publika finału, która przyciągnęła o pięć milionów więcej widzów niż ostatni odcinek 14. sezonu. W tym przypadku zadziałać mógł szeroko zapowiadany koniec programu. Część widzów po prostu chciała zobaczyć, jak to wszystko się zakończy.

Dla wielu ekspertów amerykański "Idol" swoje apogeum popularności osiągnął w okolicach piątego i szóstego sezonu (2006 rok), kiedy to zmagania uczestników śledziło średnio około 30 milionów telewidzów. W tym czasie "Idol" nie miał żadnej konkurencji na rynku. Inne programy tego typu dopiero raczkowały, natomiast internet w tym czasie nie był platformą, gdzie młodzi i zdolni artyści mogli prezentować swoje utwory, w nadziei, że zostaną dostrzeżeni. 

Na ostateczny upadek formatu w Stanach złożyło się kilka elementów. W 2004 na rynku pojawił się Facebook. Rok później do gry wszedł Youtube. Te dwa medium w trakcie swojego błyskawicznego rozwoju zaczęły stanowić realną konkurencję dla samego "Idola". Producenci programu w trakcie kolejnych edycji próbowali z różnym skutkiem zaadaptować social media do "Idola", jednak serwisy społecznościowe zabrały telewizyjnemu talent show spore grono użytkowników.

Warto również zauważyć, ze media społecznościowe pozbawiły "Idola" jednego ze swoich kluczowych sloganów - zrób spektakularną karierę i stań się gwiazdą, będąc wczoraj zwykłym, szarym człowiekiem. Internet dał początkującym wokalistom i muzykom sporo możliwości na prezentowanie swojej muzyki i własnej działalności. Przypadkowa osoba, która wrzuca swoje rzeczy do sieci, mogła następnego dnia mieć w ręku kontrakt z dużą wytwórnią. "Idol" również oferował pewne ułatwienia w zrobieniu kariery, jednak nie mógł równać się z nowym medium.

"Trzeba wziąć pod uwagę, jak bardzo zmienił się świat, gdy startował pierwszy 'Idol'. Nie było wtedy blogów, ani Snapchata. Termin mediów społecznościowych nie istniał. W tym czasie 'Idol' przekraczał bariery, jakich nie potrafił pokonać inny program. Następnie technologia przeniosła go do lamusa. To cud, że przetrwał aż tak długo" - komentował Richard Rushfield koniec show w USA.

Jednak nie tylko social media sprawiły, że "Idol" stał się programem na wylocie. Swoją cegiełkę dołożyły również inne programy tego typu. O ile jednak "X Factor" w Stanach nie pokonał giganta, tak "The Voice" zaczął skutecznie podbierać mu fanów. Sezon 10., który trwał w USA równolegle do ostatniej serii "Idola", przyciągnął przed telewizory średnio 13 milionów widzów. Co ważniejsze, według badań rynku, "Voice" odbierał programowi Foxa młodych fanów.

Producenci talent show oczywiście dostrzegali wyzwania czasu oraz działania konkurencji. Jednak mimo wszystko "Idol" trwał w pewnych normach, które sprawiały, że dla wielu wyglądał, jak program skostniały i nie mogący się zmienić, a jeżeli już wprowadzano pewne modernizacje, okazywały się one nietrafione. Sporo niepokojów wśród widzów wzbudzały również wielokrotne zmiany w jury programu, nie zawsze dobre (jak chociażby zakontraktowanie Nicki Minaj i Mariah Carey w jednym sezonie).

Trzeba jednak pamiętać, że mimo spadającej oglądalności "Idol" wciąż potrafił przyciągać miliony widzów przed telewizory. Pierwszy raz w historii z anteny został zdjęty program, który według badań Nielsena znajdował się w pierwszej 30 najchętniej oglądalnych programów w telewizji.

Nie można również podważyć wpływu "Idola" na show-biznes. Talent show dał szansę zaistnieć kilku gwiazdom. Kto wie, być może bez pomocy programu kariery nigdy nie zrobiliby Kelly Clarkson, Carrie Underwood, Adam Lambert, Jennifer Hudson, Chris Daughtry, Fantasia Barrino i wielu innych. Jak policzył magazyn "Billboard" w trakcie 15. edycji uczestnicy "Idola" 458 razy trafiali na szczyt zestawienia najlepiej sprzedających się płyt w Stanach Zjednoczonych.

"Idol" zapoczątkował również erę talent shows w telewizji. Producenci dostrzegli ogromny potencjał tego typu widowisk, co natychmiast zaczęli wykorzystywać. Sukces amerykańskiego "Idola", sprawił, że format rozprzestrzenił się po całym świecie. Można nawet stwierdzić, że brytyjski "Pop Idol", który rozpoczął całą "idolomanię" nie wpłynął tak zdecydowanie na przemysł muzyczny, jak amerykańska edycja.

"Idol" krąży po świecie

Format z Wielkiej Brytanii, który w Stanach stał się kultowy, pojawił się w kilkudziesięciu krajach. W wielu przypadkach program wytrzymał kilka sezonów (m.in. w Wielkiej Brytanii, Czechach, Słowacji, Islandii, Australii i Belgii). Jeżeli chodzi kraje zachodniej Europy, program wciąż oglądać można w Niemczech, Szwecji, a także Holandii.

Do tej pory widzowie szwedzkiego "Idola" zobaczyli już 13. edycji, a promowani przez program artyści, w miarę radzą sobie na lokalnym rynku.

Nieco osobliwą formę przyjął natomiast niemiecki "Idol", w którym od pięciu edycji nie triumfował żaden obywatel Niemiec. W tym czasie zwycięstwo odnosili m.in. Włoch, Szwajcar oraz Polka. Międzynarodowa stawka to efekt próby urozmaicenia programu. Przesłuchania do niemieckiego "Idola" od pewnego czasu organizowane są również poza granicami Niemiec (w Szwajcarii, Czechach, Luksemburgu, Austrii, Polsce), a drugi etap planuje się najczęściej w zaskakujących lokacjach (Malediwy, Jamajka, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuba).

We Francji zdecydowano natomiast, że "Idol" zakończy swoją emisję po 12. sezonach. Program od pewnego momentu był pod ostrzałem (krytykowano format programu, a także pracę jurorów). Wszystkie skargi na show odbiły się na jego oglądalności. Ostatnia edycja programu miała fatalne wyniki. Finałowy odcinek ostatniej serii obejrzało niecałe 500 tys. osób, co było najgorszym wynikiem programu w historii. "Idol" dostał również porządnie od konkurencji. W tym samym czasie francuski "The Voice" zdobył prawie pięć milionów widzów, co i tak było jego najsłabszym rezultatem w tym sezonie. 

Powrót sukcesem czy porażką?

W przypadku polskiego "Idola", jego producenci mogą sporo wyciągnąć z błędów poprzedników. Po pierwsze wiedzą, że talent show musi przejść pewne metamorfozę. Konieczne są pewne zmiany, inaczej program wyda się nieatrakcyjny i przestarzały telewidzom. I miejmy nadzieję, że taki będzie nowy "Idol" w Polsce. Inaczej talent show po krótkim zainteresowaniu może po sezonie opuścić antenę.

Polsat zapewne będzie chciał połączyć wszystko, co dobre w przeszłym "Idolu" z tym, co warto było zostawić w "Must Be The Music". Mieszanki starego z nowym można oczekiwać zapewne dopiero w odcinkach na żywo, gdyż castingi, co można zobaczyć już po zapowiedziach, będą powrotem do przeszłości.

W tym wypadku jednak będzie to bardzo duży atut dla "Idola". Polacy uwielbiają z sentymentem wracać do starych programów. Po internecie krążą stare filmiki z programu, na których można zobaczyć najzabawniejsze występy castingowe. Tego elementu nie zabraknie na pewno również w tej edycji. Oczywiście pewnie część widzów poczuje się oszukana i uzna show za niedoskonałą wersję poprzednich edycji, jednak to nie przeszkodzi zdobyć "Idolowi" w pierwszych odcinkach pokaźnej widowni.

W uzyskaniu większego sukcesu może przeszkodzić natomiast data emisji. Środy to termin niekoniecznie idealny. Co prawda, nowi "Milionerzy", pierwszym odcinkiem w odświeżonej formule przyciągnęli w czwartek przed telewizory 3,4 miliona widzów, jednak wydaje się, że pójście za zachodnimi trendami ("The Voice" i "American Idol") w przypadku talent show Polsatu niekoniecznie może być dobrym pomysłem. Polacy od kilku lat byli systematycznie przyzwyczajani do oglądania zmagań wokalistów w weekendy. Pytaniem więc jest to, czy widzowie będą w stanie się przestawić.

Decyzja o ustawieniu "Idola" w środku tygodnia na pewno miała swoje powody, jednak wzbudziła spore zaskoczenie, zwłaszcza, że w wiosną tego roku żadna konkurencyjna stacja nie ruszyła ze swoim talent show. Telewizja Polska do tej pory nie zdecydowała o przyszłości "The Voice of Poland". Już w 2016 roku wydawało się, że widzowie pożegnają się z programem, gdyż TVP chciało rozpocząć prace nad własnym formatem. Najwcześniej więc "VOP" widzowie zobaczą jesienią tego roku.

Walkowerem rywalizacje w kategorii talent show oddał również TVN, nie startując w tym półroczu z "Mam talent" oraz chociażby żadnym z dziecięcych programów ("Aplauz aplauz", "Mali giganci").

Tematem do dyskusji jest to, czy "Idol" będzie odbierany jako chwilowa ciekawostka, która na fali wspomnianego sentymentalizmu, powróci do łask na sezon, a następnie będzie zaliczać coraz gorsze wyniki oglądalności, czy też będzie to powrót naprawdę spektakularny, dzięki któremu Polsat rozstawi konkurentów po kątach.

Patrząc na tłumy na castingach można odnieść wrażenie, że zainteresowanie jest spore (innym tematem jest to, czy "Idol" stanie się kolejną okazją do zaprezentowania się stałym bywalcom talent show). Idealnym przykładem z Zachodu jest również holenderski "Idol". W 2016 roku talent show wrócił do tamtejszej telewizji po ośmiu latach przerwy. Pierwszy odcinek castingowy wyemitowany w Holandii obejrzało 1,5 miliona widzów, co było rekordowym wynikiem. Producenci był tak bardzo zadowoleni ze swojego programu, że postanowili stworzyć kolejną edycję.

Z drugiej strony ogromna promocja widowiska oraz tłumy na castingach nie sprawią, że program automatycznie zdobędzie fanów. Sama nazwa kultowego "Idola" też może nie starczyć na długo. Pamiętać trzeba, że sporą rolę w programie odgrywają również uczestnicy, którzy dotrą do finałowych odcinków, cała oprawa show, promocja w social mediach oraz dobre użycie tego elementu w programie, a także jurorzy, a ci są mimo wszystko zagadką. Można odnieść wrażenie, że producenci "Idola" bardzo chcieli złapać wiele srok za ogon - połączyć poprzednie edycje programu (Zapendowska), z czymś dla starszych widzów (Panasewicz) oraz tych młodszych (Farna i Łuszczykiewicz), co jednak może przynieść odwrotny skutek od zamierzonego. Ponadto twórcy programu nie unikną porównań do starego składu jurorskiego - Zapendowska, Cygan, Wojewódzki, Leszczyński.

Twórcy "Idola" muszą wziąć też poprawkę, że format talent show nie jest już też rozrywką, która rozpala emocje widzów, tak jak robiła to jeszcze chociażby kilka lat temu. Najlepiej przekonał się o tym sam Polsat w trakcie "Must Be The Music", który stopniowo tracił fanów na rzecz innych programów, a także na rzecz sieci. Aby więc "Idol" numer pięć został zapamiętany i miał szansę na kolejne edycje, jego twórcy muszą naprawdę się wysilić. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje