Duff McKagan: Po prostu mnie zabijcie (fragment)

Duff McKagan przez wiele lat miał problemy z narkotykami i alkoholem /fot. Theo Wargo /Getty Images

Na stronach Interii możecie przeczytać fragment pierwszego rozdziału książki "Sex, drugs & rock n'roll i... inne kłamstwa" - wydanej na początku maja autobiografii Duffa McKagana, byłego basisty klasycznego składu Guns N'Roses, związanego także z m.in. Velvet Revolver, Neurotic Outsiders czy własną formacją Loaded.

Reklama

Zbuntowany dwudziestoletni punk wyjeżdża z rodzinnego Seattle, aby uciec przed heroinowym piekłem. Ląduje na ulicach Los Angeles, miasta rozpusty i rock'n'rolla. Odpowiada na ogłoszenie tajemniczego Slasha i niespodziewanie dla samego siebie staje się częścią muzycznej legendy... Zaczyna się era Guns N'Roses.

Duff McKagan nie pisze uładzonej autobiografii. Serwuje soczystą historię o twardej szkole życia, którą z powodzeniem ukończyć mogło niewielu. Przewijają się w niej opowieści o trudnej przyjaźni ze Scottem Weilandem ze Stone Temple Pilots czy zadziwiającym spotkaniu z Kurtem Cobainem w przededniu jego śmierci. McKagan mówi o swoich przygodach bez ogródek - jego chlebem powszednim były narkotyki, alkohol, burzliwe życie erotyczne... ale także surowa muzyka i światowe uznanie prowadzące do ostrych tarć wewnątrz Guns N'Roses.

---
Kiedy Axl usłyszał, że planuję kontynuować trasę, zaraz do mnie zadzwonił.

Reklama

- Kurwa, zwariowałeś? Nie powinieneś teraz wyjeżdżać. Sama myśl o tym to szaleństwo.

- To jedyna rzecz, jaką potrafię - odpowiedziałem. - Granie muzyki.

Wiedziałem też, że jeśli zostanę w domu, pewnie wpadnę w jeszcze większy ciąg narkotykowy. Nie łudziłem się, że rzucę nałóg, ale w trasie - z zespołem złożonym z moich przyjaciół punkrockowców z Seattle - przynajmniej miałem szansę trochę go ujarzmić i trzymać się z daleka od koksu. Jeśli zostałbym w L.A., pewnie nie potrafiłbym się oprzeć pokusie.

Zarząd GN'R wysłał ze mną Ricka "Trucka" Beamana, mojego osobistego ochroniarza z trasy "Use Your Illusion". W tamtym momencie jego troska o mnie wydawała się wykraczać poza obowiązki zawodowe. Jak prawdziwy przyjaciel zdobył się na okazanie głębokiego, osobistego zainteresowania i próbował niwelować szkody, które sam sobie wyrządzałem. Teraz wreszcie mieliśmy wspólny cel - przynajmniej w odniesieniu do kokainy.

Ale Axl miał rację. Już przed pierwszym koncertem w San Francisco moja ówczesna żona Linda wdała się za kulisami w bójkę z inną dziewczyną i straciła ząb. Wszędzie tryskała krew. Na koncercie w Webster Hall w Nowym Jorku pojawili się Hells Angels i doszło do bijatyki. Krzyczałem na fanów, żeby się uspokoili. Sądziłem, że mogę coś zmienić. Po występie ludzie próbowali się dostać za kulisy, ale chciałem być sam. - Jestem zbyt zmęczony - powiedziałem ochronie. - Nie wytrzymam tego.

W głowie rozbrzmiewały mi słowa z "Just Not There", jednej z piosenek z "Believe in Me", które graliśmy na scenie:
"Wiesz, że szukam, ale nie potrafię znaleźć żadnych powodów,
Dla których miałbym się zmierzyć z kolejnym dniem,
Bo głęboko w środku czuję, jakbym się czołgał,
Powoli zanikał, zanikał...".

Dom zalany cuchnącymi wydzielinami

Zgodnie z planem wytrzymałem w trasie do grudnia 1993 roku. Ludzie ciągle bardzo interesowali się Gunsami, szczególnie w Europie. Widzowie znali moje piosenki i śpiewali je razem ze mną. Poza klawiszowcem Teddym Andreadisem, który towarzyszył Gunsom podczas "Use Your Illusion" i podróżował z artystami takimi jak Carole King odkąd skończył naście lat, pozostali członkowie zespołu nie mieli doświadczenia w występach na wielkich obiektach. Zespół został sklecony naprędce i brakowało nam zgrania; doszło między nami do paru nieprzyjemnych sytuacji, między innymi bójki na jakimś europejskim lotnisku.

Przez większą część trasy wytrzymałem bez koki, ale w żadnym razie nie była to dla mnie przerwa od narkotyków. Zaliczyłem parę potknięć. Poza tym rzuciłem wódkę na rzecz wina. Ta zmiana była akurat korzystna, ale ilości wina, które pochłaniałem, stawały się coraz większe i doszło do tego, że wypijałem dziesięć butelek dziennie. Miałem bardzo silną zgagę, bez przerwy brałem tums [lek na zgagę, nadkwasotę i niestrawność]. Nie jadłem, a mimo to ciągle miałem wzdęcia; moje ciało było w okropnym stanie. Pod koniec europejskiej części trasy, w Anglii, nasz gitarzysta prowadzący zaczął grozić nożem kierowcy. Musiałem go zwolnić - na szczęście w najbliższym czasie nie mieliśmy w planach koncertów. Po powrocie do Los Angeles zadzwoniłem do Paula Solgera, dawnego przyjaciela, z którym jako nastolatek grałem w Seattle, i poprosiłem go, żeby do nas dołączył podczas następnej części tournée. W ciągu dziesięciu lat od naszego ostatniego wspólnego występu Solger wytrzeźwiał; nie muszę powtarzać, że ja nie. Pomimo to się zgodził.

Na początku 1994 roku polecieliśmy do Japonii. Spotkaliśmy tam The Posies, weteranów jangle pop z Seattle. Pojawili się na naszym koncercie i powiedzieli, że fajnie, że nowa wersja mojego zespołu przypomina punkrockową supergrupę z Seattle. Dobrze wiedzieć - ciągle reprezentowałem swoje miasto. Następnie mieliśmy parę tygodni wolnego, więc przed występami w Australii wróciłem do L.A. Kiedy tylko dotarłem do domu, poczułem się gorzej niż kiedykolwiek. Moje dłonie i stopy były pokryte krwią. Ciągle dostawałem krwotoków z nosa. Srałem krwią. Z wrzodów na mojej skórze wyciekał płyn. Dom zalały cuchnące wydzieliny mojego zaniedbanego ciała. Telefonicznie powiadomiłem swoich menedżerów i zespół, że nie pojedziemy do Australii.

W tamtym okresie miałem już dwa domy, w tym jeden w Seattle - wymarzony, nad jeziorem Waszyngton - i czułem, jak mnie do siebie przyciąga. Kupiłem go w ciemno parę lat wcześniej, bo znajdował się w okolicy, w której jako dziecko kradłem samochody i łodzie. Ponieważ trasa "Use Your Illusion" zdawała się nie mieć końca, po dokonaniu zakupu prawie wcale nie spędzałem tam czasu. Uznałem, że to dobre miejsce na wyzdrowienie, relaks i naładowanie baterii.

Zobacz teledysk "Welcome to the Jungle":

Spotkanie na lotnisku

31 marca 1994 roku udałem się na lotnisko w Los Angeles, by stamtąd ruszyć do Seattle. Kurt Cobain czekał w kolejce na ten sam samolot. Zaczęliśmy rozmawiać. Dopiero co uciekł z ośrodka odwykowego. Obydwaj byliśmy udupieni. Skończyło się na tym, że wykupiliśmy miejsca koło siebie i przegadaliśmy całą drogę, ale nie poruszaliśmy pewnych tematów: ja byłem w swoim piekle, on w swoim i obaj wydawaliśmy się to rozumieć. Kiedy dotarliśmy do Seattle i poszliśmy odebrać bagaże, wpadłem na pomysł, by go zaprosić do siebie. Czułem, że zamierza spędzić tę noc w samotności, tak samo jak ja. Ale w terminalu panowało straszne zamieszanie. Ja należałem do wielkiego zespołu rockowego; on należał do wielkiego zespołu rockowego. Staliśmy obok siebie, a ludzie zaczęli się na nas gapić. Wielu ludzi. Kiedy na minutę odwróciłem wzrok, Kurt zniknął w czekającej na niego limuzynie.

Gdy dotarłem na miejsce, zatrzymałem się na podjeździe i spojrzałem na dach. W momencie zakupu budynku zadaszenie było stare i przeciekało, więc musiałem zapłacić za wymianę na cedrowy gont. Nowy dach miał przetrwać dwadzieścia pięć lat i kiedy tak na niego patrzyłem, uznałem, że to zabawne - miał "żyć" dłużej niż ja. Mimo to pobyt w domu pozwolił mi poczuć, że w końcu osiągnąłem sukces, bo mogę mieszkać w takim miejscu, w takiej części miasta. Po paru dniach dostałem telefon od mojego menedżera, który oznajmił mi, że Kurt Cobain został znaleziony martwy w swoim domu w Seattle po tym jak strzelił sobie w głowę.

Wstyd przyznać, ale kiedy usłyszałem tę informację, nic nie poczułem. Ludziom w moim zespole wiele razy zdarzyło się przedawkować. Mój własny nałóg wymykał się spod kontroli, ciało przestawało funkcjonować. Nie podniosłem słuchawki, aby zadzwonić do znajomych Kurta - Dave'a Grohla i Krista Novoselica. Stwierdziłem, że moje kondolencje i tak nic by nie znaczyły - kilka lat wcześniej, gdy Gunsi i Nirvana występowali podczas rozdania nagród MTV, za kulisami między mną a Kristem wywiązał się konflikt. Kiedy stwierdziłem, że słyszę ze strony obozu Nirvany lekceważące wypowiedzi na temat mojego zespołu, straciłem nad sobą panowanie. Zamroczony alkoholem zaatakowałem Krista. Wtedy rozwiązywanie jakichkolwiek konfliktów polegało dla mnie na wszczynaniu barowych bójek. Kim Warnick z Fastbacks - pierwszego prawdziwego zespołu, w którym grałem jako dzieciak - zadzwoniła do mnie następnego dnia i ostro mnie zbeształa. Czułem się okropnie. Te same uczucia towarzyszyły mi teraz, kiedy gapiłem się na telefon niezdolny zadzwonić z przeprosinami za dawny incydent i z wyrazami współczucia za stratę, jaką ponieśli Krist i Dave.

Śmierć Kurta w żaden sposób nie wpłynęła na moje przygnębienie. W dalszym ciągu sobie z nim nie radziłem. Przynajmniej w tamtym miesiącu. Nawet po ogromnym sukcesie Guns N'Roses i szaleństwie, które zapanowało w moim życiu, trzech moich najbliższych przyjaciół z dzieciństwa - Andy, Eddy i Brian - w dalszym ciągu dzwoniło do mnie i odwiedzało w L.A. Kiedy trasa zbliżała się do końca, nie chciałem się z nimi widywać. To była część mojej gry. Ale widzieli moje zdjęcia w magazynach i oglądali wywiady emitowane przez MTV. Bez przerwy do nich dzwoniłem - także późno w nocy, kompletnie najebany. Podczas trasy pewnie telefonowałem do Andy'ego co drugi dzień. W Seattle był moim obrońcą. Mówił ludziom, że nie wiedzą, jak wygląda moje życie, przez co przechodzę. Chronił mnie. Ale nie miałem wątpliwości, że będzie chciał przeprowadzić ze mną rozmowę - tę, której nie potrafiła przeprowadzić moja mama. Gdy trasa się skończyła, wiedziałem, że to tylko kwestia czasu - albo umrę, albo Andy ze mną porozmawia. Nie wiedziałem, co zrobię, kiedy dojdzie do tej rozmowy.

Zobacz teledysk "Paradise City":

10 butelek wina

9 maja 1994 roku zasnąłem z tą myślą obok dziesięciu butelek po winie, które wypiłem tego dnia. Rankiem 10 maja obudziłem się w moim nowym łóżku z uczuciem kłującego bólu w żołądku. Cierpienie nie było dla mnie nowością, przywykłem też do wywołującego mdłości przekonania, że coś jest nie tak z moim ciałem. Ale teraz było inaczej, ból stał się niewyobrażalny - jakby ktoś chwycił za tępy nóż i grzebał nim w moich wnętrznościach. Był tak intensywny, że nie mogłem nawet doczołgać się do telefonu i zadzwonić po pogotowie. Płakałem unieruchomiony przez ból i strach.

Leżałem nagi na łóżku w moim wymarzonym domu kupionym z nadzieją, że kiedyś będę miał rodzinę, z którą w nim zamieszkam. Leżałem tam przez okres wydający się trwać wiecznie. Cisza pustego domu była tak głośna jak moje przerywane, przytłumione westchnięcia. Nigdy wcześniej nie chciałem, żeby ktoś mnie zabił, ale cierpiałem tak bardzo, że miałem nadzieję, że ktoś skończy tę mękę.

Wtedy usłyszałem, że Andy, mój przyjaciel z dzieciństwa, wszedł do środka przez tylne drzwi. Krzyknął:

- Hej, co tam? - Dokładnie tak, jak kiedyś.

Chciałem odpowiedzieć: "Andy, jestem na górze", ale nie byłem w stanie. Mogłem tylko cicho szlochać. Słyszałem, jak wchodzi po schodach - musiał zobaczyć w kuchni mój portfel. Dotarł na górę, na korytarz.

- O kurwa, w końcu do tego doszło - powiedział, kiedy wszedł do pokoju.

Czułem wdzięczność, mając przy sobie przyjaciela. Pocieszałem się myślą, że umrę obok Andy'ego. Ale on miał inny pomysł. Założył mi spodnie dresowe i postanowił mnie przenieść. Musiał to zrobić pod wpływem adrenaliny - w innym przypadku nie byłoby szans, żeby uniósł moje wydęte, stukilogramowe ciało. Kiedy znosił mnie do samochodu, palący, kłujący ból w moich jelitach rozprzestrzenił się niżej, na mięśnie czworogłowe ud i na okolicę krzyżowo-lędźwiową. Chciałem umrzeć.

Brad Thomas, lekarz, który się mną opiekował od dziecka, mieszkał dwa domy dalej, więc Andy mnie do niego zawiózł. Mimo że znaliśmy się lata, odkąd popadłem w alkoholizm, nie pozwalałem mu na częste badania. Andy i doktor Thomas zabrali mnie do gabinetu na pierwszym piętrze. Słyszałem, jak dyskutują na temat mojego stanu i poczułem, jak igła przebija mi skórę na dupie. Demerol [handlowa nazwa petydyny, leku przeciwbólowego o działaniu narkotycznym]. Nic. Kolejny zastrzyk demerolu w dupę i znowu nic, nie poczułem żadnej ulgi. Ponowne ukłucie. Znowu nic. Ból ciągle się rozprzestrzeniał i zaczynałem panikować. Płakałem, podczas gdy moja dusza zaczęła blaknąć i znikać.

"Zabijcie mnie"

Postanowili jak najszybciej zawieźć mnie do szpitala Northwest. Doktor Thomas nakazał Andy'emu, by jak najszybciej mnie tam przetransportował, bo czekanie na karetkę trwałoby dłużej. Powiedział, że spotkamy się na miejscu. Andy prowadził tak szybko, jak mógł, starając się, by samochodem nie szarpało - każdy najmniejszy ruch doprowadzał mnie do płaczu. Kiedy w szpitalu dożylnie podano mi morfinę, personel zaczął zadawać mi pytania, na które nie potrafiłem odpowiedzieć.

- Nazwisko? Adres?

Andy odpowiadał za mnie.

- Ile alkoholu pije pan na co dzień?

- Jest pan teraz pod wpływem narkotyków?

Tylko płakałem. Cierpienie nie pozwalało mi mówić. Morfina nie działała tak, jak powinna. W tamtym okresie życia miałem bardzo małe pojęcie o opiatach, ale wiedziałem, jaką euforię mogą wywołać, i w ogóle jej teraz nie doświadczałem.

- Stary, mam złamany kręgosłup - powiedział gościu na łóżku obok - i cieszę się, że nie przechodzę przez to co ty.

Doktor Thomas i technik od ultradźwięków zrobili mi prześwietlenie. Zobaczyłem, jak twarz lekarza robi się biała. Moja trzustka, nabrzmiała od alkoholu do rozmiarów piłki futbolowej, pękła. W wyniku działania enzymów trawiennych wydzielanych przez uszkodzoną trzustkę doświadczyłem wewnętrznych poparzeń trzeciego stopnia. Tylko kilka odcinków układu pokarmowego jest w stanie radzić sobie z enzymami i do tej grupy zdecydowanie nie zalicza się organów i mięśni brzucha - te tkanki zwyczajnie się palą.

Chirurg w grubych okularach wyjaśnił mi, na czym będzie polegać operacja. Powiedział, że muszą wyciąć górną część trzustki, zszyć mnie, a następnie do końca życia będę się musiał poddawać dializie. Nagle zrozumiałem błagania nieszczęsnych starożytnych dusz, które pozostawały przy życiu, po tym jak ich ciała traktowano zardzewiałym mieczem lub oblewano gorącym olejem. Byłem jedną z nich. Zebrałem wszystkie siły, by wyszeptać do jednego z lekarzy:

- Zabijcie mnie.

Błagałem wtedy bez końca:

- Proszę, zabijcie mnie. Po prostu mnie zabijcie. Zabijcie mnie. Proszę.

Zobacz teledysk "Don't Cry":

---

Książka "Sex, drugs & rock n'roll i... inne kłamstwa" Duffa McKagana ukazała się w Polsce 6 maja nakładem Wydawnictwa SQN.

Dowiedz się więcej na temat: Duff McKagan | Guns N'Roses | biografia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje