DJ Adamus ostro o Kubie Wojewódzkim: To nie moja wibracja

DJ Adamus promuje autobiografię /Fot. Mariusz Gaczynski /East News

Poniżej możecie przeczytać fragment książki "Historia złego chłopca. Świadomość, szczęście, pasja" - autobiografii DJ-a Adamus napisanej wraz z dziennikarzem i pisarzem Piotrem Witwickim.

Reklama

Znany lepiej jako DJ Adamus Adam Jaworski karierę muzyczną rozpoczął jako gitarzysta zespołu 3K (lata 1996-99). Później już jako DJ skupił swoje działania na polskiej scenie klubowej, współtworząc m.in. projekt Wet Fingers, który zdobył popularność nowymi wersjami przebojów grup Wanda i Banda ("Hi Fi Superstar") i Kombi ("Nu Limit"). Ze znaną z programu "X Factor" wokalistką Adą Szulc nagrał chilloutową płytę "1000 miejsc".

Zajmował się oprawą programu Kuby Wojewódzkiego, finałów gali Fryderyki, Paris Fashion Week, a także Mistrzostw Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn (2014). Był odpowiedzialny za muzykę do filmów "Big Love" i "Sala samobójców". Przez pierwsze cztery edycje był jurorem programu "Twoja twarz brzmi znajomo".

Reklama

W książce DJ Adamus bez cenzury opowiada alkoholowo-narkotykowo-erotyczne historie. Producent wytrzeźwiał, dojrzał i zmienił swoje życie - jego pasjami stały się podróże po świecie i kuchnia.

17 grudnia w Warszawie w Klubie Capitol w Warszawie odbędzie się urodzinowa impreza DJ-a Adamusa (kończy 41 lat), podczas której odbędzie się m.in. prezentacja książki "Historia złego chłopca. Świadomość, szczęście, pasja". Poniżej możecie przeczytać rozdział o współpracy z Kubą Wojewódzkim.

---

Dzięki programowi Kuby poznałem smak bycia szmatą kulturową. To była czysta ludzka nienawiść. Dla całego mojego środowiska po prostu się sprzedałem. Od tego czasu miałem już gębę DJ-a z programu. Ludzie podchodzili do mnie na imprezach i pytali, jaki jest Wojewódzki. Zadawali mi pytania, jakbym co najmniej się z nim przespał i miał trójkę dzieci.

Kubę znałem jeszcze z czasów 3K. Wtedy jako naczelny "Brumu" zaprosił nas na wywiad. Później robiłem tam praktyki dziennikarskie. Kuba zaproponował, że po prostu podbije mi kwity na studia. Ja uparłem się, że zrobię cały staż, bo chciałem zobaczyć, jak wygląda praca w Warszawie. Na pewno był wtedy moim mentorem. Błyskotliwy i przebojowy dziennikarz, który rozkręcił dwa duże pisma: wspomniany "Brum" i "Plastik".

Po trzech latach przerwy spotkaliśmy się w "Idolu", gdzie robiłem oprawę do jednego z odcinków. Ten czas był dla niego przełomowy. Z dosyć undergroundowego dziennikarza wskoczył w kalosze głównej gwiazdy popularnego show. W książce z formatem "Idola" było dokładnie napisane, jak ma się zachowywać. Było widać, że kopiuje zachowania, które zobaczył w brytyjskiej wersji tego programu. Z czasem sam zaczął taki być.

Przypomniałem mu się w czasie "Idola" i pewnie dlatego zaproponował mi pracę przy jego własnym show. Od razu stwierdziłem, że sam DJ nie będzie za ciekawy i chciałem żywych instrumentów. Dlatego zaprosiłem Ygora Przebindowskiego. Na początku program bardzo mnie kręcił. Robiłem nowe rzeczy. Samplowe interakcje z Kubą wychodziły naprawdę nieźle.

Przez te dziesięć lat raz zdarzyło mi się nie dojechać na program. Po pijaństwie utknąłem we Wrocławiu. Jakimś cudem pojawiłem się o czasie na lotnisku, ale okazało się, że samolot jest opóźniony. Raz byłem też podczas programu strasznie zjarany. Mimo mojego odklejenia działałem całkiem sprawnie do momentu, gdy zobaczyłem, jak Hubert Urbański nie może sobie poradzić z karpiem. To było jakoś przed Wigilią. Zjarany patrzyłem na rybę i zamiast zagrać, zastanawiałem się, jak pomóc karpiowi.

Dzięki temu, że robiłem ten program, mogłem być świadkiem wielu ciekawych wywiadów. Niestety, wielu najlepszych fragmentów widzowie nigdy nie usłyszeli. Zawsze nagrywało się dwa razy więcej, by produkcja mogła wszystko odpowiednio skrócić. Program był montowany bardzo tendencyjnie. Chodziło o to, by tylko Kuba błyszczał. Gdy ktoś za szybko kontrował, to trzeba było to ukrócić na montażu. Mniej doświadczeni goście podpisywali jakieś kwity i tracili nad wszystkim kontrolę. Produkcja mogła potem poobcinać, co chciała. Czasem wszystko było tak podmontowane, że miało to niewiele wspólnego z programem.

Tylko dwa razy zdarzyło się, że goście nie dojechali. W pierwszym przypadku w zastępstwie pojawił się wywiad ze mną. Gdy za drugim razem nie dojechał Borys Szyc, to trzeba było go nagrać przy okazji następnego show. Programy robi się na zapas i potrzeba do nich dwóch gości. To oznaczało, że gdy następnym razem skończyliśmy normalne show, to specjalnie na Szyca wkładamy ciuchy z poprzedniego programu, bo tam miał być doklejony. Wszystko musiało się zgadzać. Na planie najbardziej stymulująca intelektualnie była wodzianka. Nikt nie miał pojęcia, o czym ona właściwie mówi. Ilekroć coś artykułowała, doprowadzała nas do łez. Choć trzeba przyznać, że udało się jej wykreować pewną postać. Jej następcy pokazali, że nie jest to wcale takie proste.

Kiedyś do studia zaprosiłem kolegę. Zamiast w garderobie, usiadł z zespołem w pokoju, który pokazywali na wizji. Gdy zespół wychodził grać, on wyszedł z nimi. Po drodze zorientował się, że jednak znalazł się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Gdy byli już w korytarzu, ukrył się. Dla widza efekt był taki, że wychodzi sześciu gości, a na scenę wchodzi pięciu.

Od początku było jasne, że Kuba lubi się otaczać silniejszymi od siebie, a gardzi tymi, którzy są pod nim. Przez bycie niemiłym stara się wzbudzić respekt. Kiedyś wpadł w jakąś psychopatyczną wściekłość, bo komuś na planie zadzwoniła komórka. Zażenowani patrzyliśmy wtedy z Ygorem na siebie: - Czy on ma jeszcze kontakt z bazą? Zastanawialiśmy się, a Kuba miotał się po scenie i w końcu zerwał próbę. Było to totalnie bez sensu.

Jednak prawdziwą, ludzką wartość Kuby zrozumiałem dopiero w czasie afery z Michałem Figurskim. W porannym programie radiowym przejechali się po Ukrainkach. Śmieli się ze swoich sprzątaczek i padły słowa o gwałcie. Wiele rzeczy im przechodziło, ale z tego zrobiła się gigantyczna afera. Kuba w trudnej sytuacji opowiedział się po stronie radia, totalnie olewając swojego kolegę. A program robili przez wiele lat i zachowywali się w nim, jakby byli kumplami. Podobnie było z Miśkiem Koterskim, który pojawił się w programie i został gwiazdą. Wszystko było spoko, póki nie zaczęły się problemy Miśka. A ponieważ były spore, to Kuba z miejsca się na niego wypiął.

Myślę, że ludzie się nie zmieniają, ale każdy z nas ma w sobie demona dobra i zła. Wszystko zależy od tego, którego z tych demonów będziemy dokarmiać. Kuba wybrał. Dla mnie o tyle dziwnie, że pamiętałem go jeszcze jako naczelnego "Brumu". Wtedy był fajnym gościem, mocno zintegrowanym z dziennikarzami. Było widać, że ma biznesową żyłkę. W latach dziewięćdziesiątych takie tytuły szły świetnie. Gdy jednak czasy zaczęły się zmieniać, on za dobre pieniądze sprzedał pismo. Zrobił to w idealnym momencie i zgarnął za to kupę kasy.

Wydawało mi się, że to go nie zmieni, ale później, na etapie "Idola", Kuba miał w sobie jakąś negatywną wibrację. Zaczął się fiksować na punkcie kariery. Gdy robił swój program, był mocno elektryczny i nie dopuszczał już nikogo do siebie. Ja też nie starałem się zbliżyć. Dzieli nas dziesięć lat. On nie kuma mojej bajki i jest w gruncie rzeczy zamknięty na muzykę. Jest bardzo rockowy i nie do końca rozumie, co się dzieje. Myślę, że DJ w jego programie znalazł się pod presją producenta, bo gdyby to zależało od Kuby, to byłby to jakiś gitarzysta.

Nie mamy wspólnego przelotu. Dla niego za bardzo liczy się blichtr. Brylowanie w akcjach pod tytułem laski i samochody to zupełnie nie moja bajka. Po prostu istotne są dla niego te rzeczy, na których mnie akurat nie zależy. Choć dość szybko stało się jasne, że to nie mój flow, to zawsze szanowałem go jako dziennikarza. Ma naprawdę dobrą ripostę. Wie, co robi, i jest do tego fenomenalnym biznesmenem. Zrobił program, który jest ewenementem na skalę Polski. Wiele lat trzyma naprawdę wysoką oglądalność. Dużo w nim amerykańskiego komika Andy’ego Kaufmana. Z tym, że jaki kraj, taki Kaufman.

Ludzie wciąż zastanawiają się, jaki jest naprawdę. Tego może nie wiedzieć nawet on, ale dla mnie jasne jest, że wszystkiego nie da się wykreować. Nie da się grać tyle lat skurwysyna, będąc fajnym, pozytywnym gościem. Kuba najczęściej mnie nie zauważał, ale gdy bardzo chciał, żebym zremiksował kawałek jego kolegi, to sobie przypomniał mój numer telefonu. Zaproponowałem mu pół stawki, ale i tak przeraziła go cena. To był tylko kolejny przejaw myślenia czysto korporacyjnego. Znam cię, gdy jesteś mi do czegoś potrzebny. Wiem, że tak też wyglądają relacje w takim świecie, ale to nie moja wibracja.

Po trzech sezonach w Polsacie program Wojewódzkiego trafił do TVN. Zmieniło się ustawienie studia i skończyły się interakcje samplami. Ścięli liczbę operatorów i byłem tylko w przebitkach. W ogóle wszystko zaczęło się kurczyć. A to zabrali kilku operatorów, a to coś wycięli, a ja stałem się wypełniaczem podkładów. Miała być też obracana scena, ale nie potrafili jej zrobić przez siedem sezonów. Zniknęły nawet wstawki z filmów, które wrzucałem do programu. Wszystko stało się bardzo odtwórcze. Szybko zrozumiałem, że odgrzewam kotleta, który pozwalał mi utrzymać się w Warszawie.

Nie zajmowało mi to za wiele czasu, choć mentalnie zacząłem się czuć, jakbym chodził do kopalni. Patrzyłem jednak na plusy. Zrobienie pięciu podkładów jakoś szczególnie mnie nie angażowało, a w czasie programu mogłem sobie podzwonić i ogarnąć swoje sprawy. Czasem producent wymyślił sobie w ostatniej chwili jakieś dziwne podkłady i wtedy robiło się gorąco. Gdy już pojawił się internet bezprzewodowy, to też przestało być problemem.

Gdy dostałem propozycję z "Twoja twarz brzmi znajomo", dałem znać, że mogę ciągnąć jedno i drugie. Odpowiedź ze strony programu Kuby była prosta: "Albo to, albo to". Mając propozycję za większe pieniądze i z większą szansą na rozwój, wybór był dość prosty. Czułem, że jest jakiś niesmak, ale nie lubię palić za sobą mostów. Zadzwoniłem do Kuby, raz, drugi, trzeci... ale nie odebrał. Wysłałem mu esemesem podziękowanie i laurkę, ale nie odpisał.

Na odchodne rzuciłem gdzieś w mediach, że "zmieniam starą klacz na nowego rumaka". Powstał z tego artykuł, że Wojewódzki się kończy, spada oglądalność, a stali współpracownicy odchodzą. Powiedziałem szczerze, że coraz trudniej ogląda się program, który tak obniża loty i stara się przypodobać najgłupszemu widzowi. Choć to akurat nie do końca wina Kuby. Dobrze pamiętam, że gdy był zapraszany ciekawy gość, to oglądalność potrafiła spaść o jedną trzecią. Kuba nie mógł sobie na to pozwolić i szybko zaczął iść w disco polo. Gość z pogranicza żenady sprawiał, że oglądalność rosła. W dodatku formuła zaczęła się przejadać. Kubie udaje się obronić swój program. Nie wiem tylko, czy sam go lubi.

Dowiedz się więcej na temat: Adam Jaworski | Kuba Wojewódzki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje