Dick Dale kończy 80 lat. Co dzieje się z królem surf rocka?

W latach 60. podbił listy przebojów utworem "Misirlou", który zainspirował m.in. The Black Eyed Peas i Quentina Tarantino. W 2016 roku zdradził, że nie stać go na leki.

Dick Dale mimo poważnych problemów zdrowotnych wciąż koncertuje

Urodzony 4 maja 1937 roku w Bostonie (chociaż do pewnego czasu w jego biografiach figurowało, że przyszedł na świat w Bejrucie) Dick Dale od pierwszy lat swojego życia miał kontakt z muzyką. Wszystko za sprawą jego ojca, z pochodzenia Libańczyka, który wraz z innymi członkami rodziny grał w lokalnym zespole popularne piosenki z Bliskiego Wschodu. Co warto również odnotować, matka Dale'a miała polskie korzenie.

Reklama

Młody Dick od najmłodszych lat podpatrywał dorosłych, grających libańskie melodie. Dzięki temu Dale szybko zaznajomił się z tarabaki oraz oudą (instrument przypominający lutnię). To właśnie gra na tych instrumentach wkrótce zainspirowała muzyka do stworzenia własnego, niepowtarzalnego stylu. Na jego twórczość wpłynęła jeszcze jedna rzecz - surfing.

Dale chciał, aby jego muzyka oddawała to, co siedzi mu w głowie, kiedy jest na desce i walczy z falami. To wszystko doprowadziło, że leworęczny gitarzysta stworzył niepowtarzalny styl grania na instrumencie. Jego znakiem firmowym stało się szybkie granie efektu "staccato". Warto dodać, że przez pewien czas Dale grał na gitarze dla praworęcznych. Nie zdecydował się jednak na modyfikacje, tak jak robił to Hendrix, a grał na niej odwrotnie.

Gitarzysta za sprawą swojej twórczości szybko zdobył popularność. Od lipca 1961 roku występował w Rendezvous Ballroom w Balboa w Kalifornii, gdzie tysiące osób (głównie surferów) szalały na jego występach wraz z grupą Del-Tones.

"Pamiętam, że latem w 1961 roku udałem się do Rendezvous, aby sprawdzić, o co chodzi w tym całym zamieszaniu wokół Dicka Dale'a. To było niesamowite doświadczenie. Jego muzyka była bardzo dynamiczna, głośniejsza i bardziej wyrafinowana niż to, co graliśmy. Energia, jaka wytwarzała się między Del-Tones, a surferami tańczącymi w samych sandałach, była niezwykle intensywna" - opowiadał Paul Johnson, członek grupy The Bel-Airs.

W 1961 roku Dale wraz ze swoimi kolegami stworzył pierwszą surf rockową piosenkę o tytule "Let's Go Trippin’". Ten przebój wraz z "Jungle Fever" i "Surf Beat" trafił na debiutancką płytę Dicka i Del-Tones pt. "Surfers's Choice" z 1962 roku.

Niedługo po jej wydaniu Dale z kolegami nagrał najbardziej znany przebój i numer, który stał się symbolem surf rocka - "Misirlou" (początkowo nazwany "Miserlou"). Co ciekawe gitarzysta stał się bardziej popularyzatorem numeru niż jego oryginalnym twórcą. "Misirlou" to bowiem melodia znana od lat na Bliskim Wschodzie, a Dale postanowił ulepszyć ją i przedstawić amerykańskiej publiczności.

Piosenka powstała również nieco przypadkiem, gdyż był to efekt zakładu Dale'a z jednym z fanów. Muzykowi zarzucono bowiem, że nie da rady zagrać tylko na jednej strunie. Twórca przypomniał sobie, ze członkowie jego rodziny grali wspomniany "Misirlou" właśnie w taki sposób. Dale wykorzystał taką samą technikę, podkręcając przy tym tempo.

Piosenka, która znalazła się na drugiej płycie muzyka i jego zespołu "King of the Surf Guitar", z miejsca stała się hitem. W kolejnych latach inspirowała również przyszłych twórców - m.in. The Beach Boys, The Black Eyed Peas, a drugą młodość przebojowi zapewnił Quentin Tarantino, który wykorzystał piosenkę w swoim filmie "Pulp Fiction".

Co działo się natomiast po wydaniu drugiej płyty z Dickiem Dale'em i jego kolegami? Po pierwsze ich muzyka trafiła na zły moment. W połowie lat 60. w Ameryce przyszedł czas "brytyjskiej inwazji". Chłopców z plaży zastąpili The Beatles, The Rolling Stones i wiele innych kapel.

Sam Dale podupadł na zdrowiu. Zachorował na raka jelita grubego, z którym walczył przez kilka lat. W tym czasie zawiesił swoją działalność muzyczną. Karierę wznowił dopiero w latach 80. W 1988 roku wraz ze Stevie'em Rayem Vaughanem Dale nominowany został do Grammy za muzykę do filmu "Back to the Beach". Kolejne lata dla Dicka były czasem nagrywania kolejnych płyt i koncertów.

Mimo intensywnej kariery Dale nigdy nie dorobił się fortuny. Problemy finansowe dały się we znaki w momencie, kiedy gitarzysta ponownie podupadł na zdrowiu.

Muzyk od młodości był zwolennikiem zdrowego trybu życia. Trzymał się z daleka od alkoholu, papierosów i narkotyków, w latach 70. rzucił czerwone mięso, a ponadto uprawiał sztuki walki. To jednak nie sprawiło, że Dale'a ominęły choroby.

Nieco zapomniany gwiazdor oprócz walki z nowotworem (usunięto mu część jelita grubego, przez co pod ubraniami nosi specjalną torebkę na wydalane treści), cierpi na cukrzycę i niewydolność nerek. Jakby tego było mało, jego żona choruje na stwardnienie rozsiane.

Dale w 2016 roku przyznał, że chętnie przeszedłby na emeryturę, jednak nie pozwala mu na to sytuacja finansowa. W rozmowie z "Pittsburgh City Paper" w 2016 roku mówił: "Nie mogę przestać występować. Kiedy skończę karierę, to po prostu umrę".

"Co miesiąc muszę płacić trzy tysiące dolarów za leki i specjalne akcesoria, którzy pozwalają mi żyć. W szpitalu radzili, abym wymieniał worek stomijny raz na tydzień. Jeżeli jednak nie wykonam tego dwa razy na dzień, to może dojść do zakażenia, które powoduje ogromny ból. Przytrafiło mi się to w przeszłości, gdy nie trzymałem się poleceń wydawanych przez lekarzy" - wyjaśniał Dale.

Gitarzysta dodał jednak, że nie chcę kreować się na ofiarę. "Zmagam się bólem przy każdym koncercie, ale nauczyłem się z nim żyć" - stwierdził.

Dowiedz się więcej na temat: Dick Dale

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje