Capital Of Rock: Rammstein puścił wrocławską scenę z dymem (relacja, zdjęcia)

Rammstein /fot. Bartosz Nowicki/www.bartosznowicki.pl

W sobotę 27 sierpnia do Wrocławia ze wszystkich krańców Polski tłumnie przybyli fani ciężkiego, rockowego grania. W tym roku po raz pierwszy odbył się tam bowiem festiwal Capital Of Rock. To świeżak na imprezowej mapie naszego kraju, ale organizatorzy stanęli na wysokości zadania i zafundowali fanom mocnego brzmienia prawdziwą muzyczną ucztę. Główną gwiazdą wydarzenia był legendarny niemiecki zespół Rammstein. Napisać, że dali świetny koncert, to jak nic nie napisać. Bo to nie był koncert, tylko genialny, niepowtarzalny spektakl! Ale zacznijmy od początku…

Reklama

Stadion we Wrocławiu już dawno nie przeżywał takiego oblężenia. Pogoda okazała się wyjątkowo łaskawa - 30 stopni w cieniu, lekki ciepły wiatr i żadnej chmurki. Podczas gdy publika, gromadząca się od godzin popołudniowych, cierpliwie czekała na główny punkt wieczoru, sceną władały kolejne, zaproszone gwiazdy

Rammstein jako danie główne, a kto na przystawkę? Zaczęła wrocławska kapela OCN. Rozpoczynali przy dość słabej frekwencji, ale chyba nie mogą narzekać, bo fani pod sceną dali z siebie wszystko.  Dla grupy to dobry rok. "Z lekkim niedowierzaniem przekazujemy informację, iż ósmego września otworzymy polski koncert grupy Kings Of Leon. WOW!" - napisali na swojej stronie. 

Reklama

Gdy wrocławski obiekt powoli się wypełniał, na scenie pojawili się Amerykanie z grupy RED. Kawał mocnego rockowego grania zelektryzował publiczność. "Thank you POLAND" - dziękowali muzycy po koncercie. Nie zabrakło także wspólnej fotki z fanami.

Od 19.00 scena należała do Francji, a dokładniej do zespołu Gojira. O ich występie publiczność dowiedziała się w ostatnim momencie. 3 dni przed wydarzeniem swój koncert odwołała grupa Bullet For My Valentine (nie mogli przyjechać do Polski z powodu szalejącego na Pacyfiku tajfunu Mindulle). Smutek nie trwał długo, bo już następnego dnia na stronie Capital Of Rock pojawiała się informacja, że na ich miejsce wskoczy Gojira. Francuska kapela przywiozła znad Sekwany nowe kawałki z wydanego w czerwcu albumu "Magma", który zdążył już zebrać świetne recenzje fanów oraz dziennikarzy. Wrocławskiej publice też przypadły do gustu.

RED na Instagramie:

Zaraz po nich na scenie pojawił się Limp Bizkit. Wrocławski stadion pękał w szwach. Na płycie zrobiło się ciasno, a trybuny wypełniły się po brzegi - taki widok musiał zrobić wrażenie nawet na takich koncertowych wyjadaczach, jakimi są członkowie amerykańskiej formacji. To miał być, obok Rammsteina, drugi najmocniejszy punkt festiwalowego line-upu. No właśnie i tu zdania są podzielone. Kapela rozpoczęła koncert kilkanaście minut wcześniej niż planowali, na początku podziękowali fanom za przybycie, a potem jak z armaty, jeden za drugim, odpalali swoje największe przeboje. Ze sceny poleciało "Rollin’", "My Way" czy "Take a Look Around". Pojawiło się też "Smells Like Teen Spirit" Nirvany w dość ciekawej aranżacji. Było wszytko i nic. Publika szalała, Fred Durst dawał z siebie wszystko (trzeba przyznać, że facet ma niebywałą charyzmę), ale dało się wyczuć, że chłopaki nie mieli pomysłu na ten koncert i przez większość czasu na scenie po prostu improwizowali. 

Rammstein zaczął punktualnie o 22:45 wielkim wybuchem! W czasie tego koncertu trudno było wbić w publikę chociaż szpileczkę. Niemcy zostali przywitani okrzykami radości i wiwatami.

"Ja - nein. Rammstein" wybrzmiało z wrocławskiej sceny. Wzrok przyciągał nie tylko zespół, ale i olbrzymia, dopracowana w każdym detalu, scenografia. Całość tworzyła niepowtarzalne widowisko. Dużo mroku, dużo dymu i ognia. Na scenie, dosłownie i w przenośni, było cieplej niż w piekle. Rammstein znany jest z tego, że na koncertach nie oszczędza na efektach specjalnych.

Niemiecka grupa grała głównie starsze, bardziej rozpoznawalne kawałki, choć pojawiły się i te nowsze. Rammstein w swoich utworach porusza często bardzo trudną i niewygodną tematykę. Po ponad godzinnym graniu, Niemcy ponownie pojawili się na scenie, wywołani przez publiczność skandującą "bis, bis!". Wrócili i znów odpalili swoją energetyczną petardę. "We're all living in Amerika/Amerika ist wunderbar./We're all living in Amerika/ Amerika, Amerika - śpiewał Rammstein, a razem z nim kilkanaście tysięcy ludzi. 

Ostatnie światła zgasły po północy. Jeszcze nie pojawiły się żadne informacje na temat kolejnych edycji festiwalu, ale nawet jeśli miał to być pojedynczy zryw, było warto. Bez wątpienia Capital Of Rock to największe muzyczne wydarzenie tego roku we Wrocławiu.

Kinga Szczerba, Wrocław

Dowiedz się więcej na temat: Rammstein | Limp Bizkit | Gojira | OCN

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje