Nowa Muzyka w starej kopalni

Ruszyła kolejna edycja festiwalu Nowa Muzyka i choć obyło się bez sensacji, fani ambitnej muzyki tanecznej - bo ona tego dnia przeważała w programie imprezy - nie mogli opuścić terenu nieczynnej już Kopalni Katowice rozczarowani.

Pierwszą gwiazdą festiwalu był australijski Pivot, który sensacyjnymi koncertami w polskich klubach wiosną tego roku podniósł sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Niestety, to nie był zbyt udany występ. Upalne letnie popołudnie rozleniwiło zarówno muzyków, jak i niezbyt jeszcze liczną publiczność, więc atmosfera daleka była od szaleństwa. Do tego akustyk przesadził z poziomem dźwięku. Owszem, math rock Pivota powinien grać głośno, ale nie aż tak - kiedy do głosu dochodziły dywanowe naloty basów, trudno było wystać w namiocie. Co nie zmienia faktu, że to świetny zespół, a prezentowane na Śląsku kompozycje z powstającej właśnie nowej płyty brzmią wielce obiecująco i jak na Pivot bardzo... piosenkowo.

Reklama

Speech Debelle przeprosiła, że nie jest w najlepszej formie ("Wszystko przez polską wódkę! Dzisiaj o piątej rano leżałam przed hotelem i nie byłam w stanie wejść do pokoju!"), ale koncertem dowiodła, że była to raczej kokieteria, niż autentyczne usprawiedliwienie. Zabrakło może smaczków, którymi błyszczy jej debiut "Speech Therapy", ale podobać się mogły zarówno jej zmagania z mikrofonem, jak i akustyczny akompaniament towarzyszącego jej zespołu. Skromnie, ale ze smakiem.

King Cannibal, nowa nadzieja kultowej wytwórni Ninja Tune, był najciekawszą tego dnia postacią na scenie klubowej (choć nieco mętny The Bug również się podobał), ale znanych z nagrań studyjnych, pozytywnych wibracji reggae trzeba się było doszukiwać pomiędzy wierszami, czy raczej potężnymi house'owymi bitami.

Prawdziwa zabawa rozpoczęła się za sprawą laptopowo-wokalnego duetu dan le sac Vs Scroobius Pip, który umiejętnie ślizgał się pomiędzy oldskulowym rapem, modnym dziś electro i... kabaretem. Scroobius również narzekał na zgubne skutki nadużywania polskiej wódki. Niezła musiała być ta powitalna impreza...

Ebony Bones! na pewno nie miała kaca, była na to zbyt aktywna. Daleka krewna Missy Elliott czy Santigold (daleka - bo w jej dźwiękach jest znacznie więcej korzennych, hipnotyzujących afrykańskich rytmów) to prawdziwy wulkan energii. Nie pozwoliła się po prostu oglądać, wszyscy musieli tańczyć i krzyczeć wraz z nią. Dosłownie - ostatnich sztywniaków zrugała ze sceny i zmusiła do podskoków! W dodatku było na co popatrzeć. Sama Ebony przywdziała strój, w którym wyglądała na skrzyżowanie afrykańskiej królowej z postacią z "Alicji w Krainie Czarów", a towarzyszący jej zespół, w tym dwie nadpobudliwe tancerki-chórzystki prezentował się nie mniej efektownie. Mocny akcent na zakończenie dnia i dobra wróżba dla całej imprezy.

Jarek Szubrycht, Katowice

Dowiedz się więcej na temat: impreza | Nie | Katowice | muzyka | muzyka.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje