Europa już ich zna i kocha

Nowy Jork objawia światu kolejną muzyczną sensację. Duet MGMT ma spore szanse, by podążyć drogą Scissor Sisters czy LCD Soundsystem.

2007 był rokiem muzycznych powrotów prehistorycznych dinozaurów (The Police, Genesis, Led Zeppelin czy Sex Pistols), trochę młodszych "gadów" (Rage Against The Machine, The Verve, The Jesus And The Mary Chain, My Bloody Valentine oraz - niech będzie - Take That czy Spice Girls) i... nie mającego na koncie płyty długogrającej duetu MGMT.

Reklama

Już na poważnie - historia nowojorskiego duetu jest równie intrygująca jak muzyka MGMT (wymawia się jak słowo management, żadne tam "em-dżi-em-ti"). Formacja, na początku jako The Management, dla Bena Goldwassera i Andrew Van Wyngardena była rodzajem imprezowego eksperymentu. Duet grał koncerty głównie na prywatkach u znajomych, a na setliście można było znaleźć nawet pamiętny utwór z filmu "Ghostbusters".

Panowie nie szli jednak na łatwiznę i poza "piosenkami-które-na-pewno-rozkręcą-każdą-imprezę" prezentowali także własne kompozycje. Jak się okazało, w swojej przebojowości niewiele ustępujące uznanym numerom. W ten sposób MGMT doczekali się pierwszego oficjalnego wydawnictwa - EP-ka "Time To Pretend" ukazała się w barwach niezależnego labelu Cantora Records, który stworzyli znajomi Bena i Andrew, chcący wydać przebojowe piosenki kolegów. Płytka zrobiła wrażenie na uznanej w alternatywnych kręgach formacji Of Montreal (zobaczymy ją w tym roku na mysłowickim Off Festivalu), która zaprosiła duet na wspólny koncert.

I gdy wydawało się, że świat, a przynajmniej Ameryka, stanęły przed MGMT otworem, do gry weszła bezlitosna proza życia. Ben i Andrew zakończyli beztroskie studia i zaczęli rozglądać się za pracą. Tym samym MGMT przeszli do historii. Aż tu pewnego dnia Andrew i Ben odebrali e-maile od... wytwórni Columbia, która zaproponowała MGMT podpisanie kontraktu.

"Porównałbym to do wygrania losu na loterii. Zespół nie istniał od dłuższego czasu. A nawet kiedy istniał, był prawie anonimowy. Co więcej, Ben i ja nie widzieliśmy się przez jakieś siedem miesięcy. On siedział gdzieś w lesie i coś tam budował, a ja dorywczo pracowałem. Chciałem przenieść się na Zachodnie Wybrzeże i zacząć nowe życie" - komentował Andrew Van Wyngarden.

To "nowe życie" (sześciocyfrowy kontrakt na cztery płyty) MGMT otrzymali za sprawą Steviego Lillywhite'a, który dostrzegł niesamowity potencjał duetu. Później sprawy potoczyły się szybko. Można rzecz, że bardzo szybko:

"Ten album nagraliśmy w 12 dni. Duża w tym zasługa producenta Dave'a Fridmanna (m.in. The Flaming Lips), który uświadomił nam, jakie brzmienie chcemy osiągnąć. Z nim nabraliśmy przekonania we własne umiejętności" - wspominają MGMT.

Dowiedz się więcej na temat: The Dumplings | LCD Soundsystem | Europa | Kocha | MGMT

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama