David Bowie: Wziął więcej kokainy niż...

Przeczytaj fragment skandalizującej biografii Davida Bowie autorstwa Marca Spitza!

Chociaż nie można tego dowieść w żaden naukowy sposób, istnieje spore prawdopodobieństwo, że David Bowie zużył w połowie lat siedemdziesiątych więcej kokainy niż jakakolwiek inna gwiazda kultury popularnej włącznie z Eltonem Johnem, Eagles, Stonesami, Rickiem Jamesem, Oliverem Stonem czy Hollywoodem Hendersonem.

Reklama

Do 1973 roku kokaina, będąca substancją rekreacyjną i symbolem statusu, tak mocno wrosła w kulturę, że prezydent Nixon wypowiedział wojnę kokainowym kowbojom, którzy importowali ją z kolumbijskich pól śmierci w prywatnych samolotach, a potem rozprowadzali ją na przedmieściach tak sukcesywnie, że uzależnienie od tej substancji zaczęło stawać się niemalże biologiczną epidemią. Bywalcy klubów disco nosili medaliki z napisem: "Koka daje życie", a i łyżeczki z osiemnastokaratowego złota stanowiły częsty widok na zarówno męskich, jak i żeńskich piersiach. Konsumpcji często dokonywano w restauracjach i barach z takim samym rozmachem, z jakim smakowało się próbkę z menu win. Jeszcze w 1974 roku mnóstwo ludzi nie uważało, że kokaina była aż tak uzależniająca.

- O heroinie mówiło się już tyle, że nikt nawet nie chciał zaczynać tego tematu - powiedział w wywiadzie dla "Newsweeka" Irwin Swank z chicagowskiego Bureau of Narcotics. - Kokaina daje mocnego kopa, a przy okazji nie uzależnia. - Cóż, pan Swank był optymistą.

Bowie zdecydowanie się uzależnił i jak większość ludzi, którzy jechali po białej kresce, w kokainie poszukiwał w pewnym sensie balsamu dla skołatanej psychiki. Prawdopodobnie korzystał z narkotyku, by sukcesywnie wycinać wszelkie ślady Ziggy'ego Stardusta, a potem przypalać rany. Jednak i tak dawało się wykryć w jego osobowości drobinki Ziggy'ego, więc - jak to opisał sam Bowie - cała jego psyche musiała ulec rozłożeniu tak, by nie zostało absolutnie nic. Każda działka, która trafiała w jego nozdrza znajdowała się na końcu noża-antyku (to był jego ulubiony sposób brania kokainy), stanowiła rockandrollową chemioterapię. Co więcej, Bowie cieszył się energią, którą zapewniały mu narkotyki. Niestety, w końcu z nimi przegrał, ale przez jakiś czas zdecydowanie stanowiły one paliwo dla jego kreatywności i popychały go do działania. Bowie z kokainy korzystał tak, jak rzeźbiarz korzysta z dłuta.

- David tak naprawdę stał mocno na ziemi. Był bardzo solidną osobą - twierdzi Tony Zanetta. - W najmniejszym nawet stopniu nie był szaleńcem. Był za to zdyscyplinowanym artystą. Na manowce zszedł tylko w związku z kokainą. Wyglądało to tak, jakby jednego dnia wypił kieliszek wina, a następnego już był uzależniony od kokainy. Z początku wydawało się, że to przelotna fascynacja, jakiś element osobowości gwiazdorskiej. Jednak kokaina ma to do siebie, że nie można pobawić się z nią tylko przez chwilę. Myślę, że wpłynęła na niego dużo mocniej, niż by chciał.

Kokaina pomagała Bowiemu funkcjonować jak przystało na wspaniałą gwiazdę rocka poza sceną. Zygmunt Freud - również znany kokainista - pisał o przyjmowaniu "małej porcji kokainy, by rozplątać język" i był to prawdopodobnie dodatkowy plus dla Davida - człowieka do bólu nieśmiałego, podmiejskiego dzieciaka, który nagle znalazł się na wielkiej, niekończącej się imprezie.

Kokaina zapewnia również pewien rytuał. Gdy tylko człowiek jest sam, gdy tworzy, gdy znajdzie się na przyjęciu pozwala wszystko spowolnić i daje poczucie kontroli, gdy przygotowuje się i dokładnie dzieli porcję. Gdy trudno już rozpoznać swoje własne życie, przypominające bicie serca stukanie, które towarzyszy podziałowi narkotyku na kreski, może okazać się niezwykle kojące. Właściwości medyczne również nie pozostają bez znaczenia. Bowie zaczął palić jako nastolatek, wpuszczając w płuca dwie paczki Marlboro dziennie. Papierosy towarzyszyły niemal każdej sekundzie jego nieprzerwanej inspiracji i wspomagały przelewanie pomysłów na papier, również tworząc pewien rytm i rytuał. Kokaina to substancja atrakcyjna dla palaczy, ponieważ rozluźnia tkankę naczyniowe płuc, ułatwiając palenie jednego papierosa za drugim i - przynajmniej przez pewien czas - również śpiewanie.

Co więcej, Bowie wywodził się z klasy pracującej. Lata sześćdziesiąte spędził obserwując przyjaciół takich jak dużo młodszy Peter Frampton, a potem Marc Bolan, a także jego rówieśników, takich jak Pete Townshend, którzy cieszyli się przywilejami sławy, kiedy on sam musiał zmagać się z comiesięcznymi rachunkami. Obecność kokainy utwierdzała go zatem w przekonaniu, że wreszcie i jemu się udało. Stanowiła ona również idealny narkotyk w wysoce erotycznym świecie Bowiego. "Póki nie napełnisz ust kokainą, nie dowiesz się, czym naprawdę jest całowanie. Nigdy się nie męczysz! Przez cały czas czujesz się jak na czwartym biegu, a silnik mruczy jak kociak z gwiazdami w wąsikach." - napisał Aleistar Crowley. Każde seksualne spotkanie szło dużo bardziej gładko z kokainą.

Książka "David Bowie: Biografia" ukaże się 28 marca nakładem wydawnictwa Dobre Historie.

Przeczytaj recenzję najnowszej płyty Davida Bowie "The Next Day"!

Wilki zapraszają do udziału w konkursie

Dowiedz się więcej na temat: David Bowie | fragment | kokaina | marca | kokainy | David

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje